Książki

Blue Period. O „Całym życiu” Roberta Seethalera

7 maja 2017
Seethaler Całe życie powieść

„Całe życie” austriackiego pisarza Roberta Seethalera znalazło się na zeszłorocznej krótkiej liście nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera. Najlepsza zdaniem jury okazała się ostatecznie „Wegetarianka” Han Kang, przez którą od kilku miesięcy mozolnie brnę. Powieść Seethalera oporu nie czyni, sforsować pozwala się chyżo dosłownie w kilku susach. Ale błoga wycieczka po alpejskiej łące (cyt. za „Süddeutsche Zeitung”, vide: blurby) bynajmniej to nie jest. Lektura „Całego życia” przypomina raczej jedno z ryzykownych zajęć, którym główny bohater powieści, Andreas Egger, zarabia na chleb – konserwację kolei linowej. Łatwo wleźć, gorzej ze schodzeniem. A gdy już tak człowiek siedzi w tej lichej uprzęży, uwalniając z zaskorupiałego ptasiego łajna liny i przeguby dźwigarów, górskie powietrze destyluje większość błahych myśli. Pozostaje wyłącznie czysty smutek.

Całe życie, okładkaMam taki kameralny zestaw ulubionych smutnych historii, na czele którego długo plasował się „Niebieski” Kieślowskiego. „Bleu” ustąpił niedawno miejsca jednemu z obrazów Urszuli Antoniak, holendersko-irlandzkiej produkcji „Nic osobistego”, równie zresztą niebieskiej jak „Niebieski”. Blue is the warmest color, wiadomo. Może więc nieprzypadkowo Seethaler dostaje błękity na okładce, również polskiego wydania? W każdym razie „Życie” jest dla mnie przede wszystkim powieścią o nieodłącznie towarzyszącym człowiekowi smutku. Ale poza tym kontemplacyjnym momentem, w którym kołyszemy się z Eggerem między niebem a ziemią, obserwując jak zima osiada na górach, warto przeczytać tę książkę jeszcze dla kilku innych zawartych w niej refleksji.

Jedna z nich jest jednocześnie kompozycyjną klamrą historii i wiąże się z postacią niejakiego Rogatego Jaśka. Tego wychudzonego, ledwo żywego gościa, Egger, jako dość młody jeszcze facet, znajduje umierającego i próbuje ratować przed zamarznięciem, taszcząc pewnego lutowego poranka do wioski. Rogaty Jasiek odwdzięcza się Eggerowi złowieszczą historią o przeżerającej kości i duszę Zimnej Pani, po czym Adreasowi znienacka zwiewa, by spotkać go dopiero za kilkadziesiąt lat… w tej samej postaci. Żeby za bardzo nie spoilować powiem tylko, że historia ma finał rodem z „45 lat” Andrew Haigha. I podobny ładunek emocjonalny.

Inna przejmująca scena dotyczy próby zbliżenia starego już Eggera z pojawiającą się w wiosce emerytowaną nauczycielką. W niezwykle lekko naszkicowanym i dość błahym na pierwszy rzut oka epizodzie Seethalerowi udało się niezwykle sugestywnie (a przy tym czule) oddać kruchość człowieka w jego staraniach o miłość. Właściwa nam predyspozycja do wciąż na nowo wszczynanej próby przezwyciężania samotności jest tu pokazana poprzez wydarzenia zupełnie prozaicznie lecz z niezwykłą troską o bohaterów, która przypomniała mi krótkometrażowe „Więzi” Zofii Kowalewskiej. Swoją drogą także ten 18-minutowy dokument (ze względu na podobny zamysł fabularny i finał, do którego zmierza akcja) ciekawie ogląda się w kontekście wspomnianych już „45 lat” Haigha.

Tryptyk o pięknym smutku? Służę uprzejmie.

 

Fot. Nomada

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz