Książki

Czy warto było to zmyślać? Dead drop z „Jetlagiem”

2 maja 2016
mural, mózg, fajka, papierosy

Ktoś tu jakby wcisnął mi dead dropa, pomyślałam już po lekturze. Przez okno wyszukiwarki Miszonga regularnie, ale też nienachalnie, wpadała mi w ostatnich miesiącach krótka wiadomość o treści „jetlag”. Postanowiłam w końcu na ten sygnał odpowiedzieć, sięgając w majówkowy weekend po książkę Michała R. Wiśniewskiego.

Elementarz Mazurka

Drażni mnie nowa proza polska, która za temat obiera sobie lemingi, hipsterię, prekariat, popkulturę, fejsbunia, starbunia, Mordor i Wilanów, a potem podbija to nieudolnie bitem z „Trójkąta warszawskiego” lepiąc krzywy obraz nowego strasznego mieszczaństwa.

Drażnią mnie łatwe chwyty krytyczne. Wystarczy podsłuchać dysforyczny bełkot korpoludków in pinglish, posiedzieć na Placu Zbawiciela wśród brodaczy a następnie zatęsknić za czasami sprzed Snapa, gdy zdjęcia się wywoływało z zakładzie fotograficznym, międzyludzkie relacje były  głębokie i autentyczne, a życie pełne sensu wypowiadanego polszczyzną Doroszewskiego. Nasza „nowa proza magnetofonowa” gęsta jest od postaci skleconych z podsłuchanego, zepsutego języka. Z alfabetu Roberta Mazurka. Mają nas programowo rozśmieszyć swoją śmiesznością i odstręczyć swoją karykaturalnością. Płaskie to wszystko jak naleśnik i do bólu zgrane jak dwójkowy kabareton.

Wszystko, co przeczytałam o „Jetlagu” zaraz przed i niedługo po premierze książki ciążyło raczej ku takiej właśnie interpretacji, okraszonej gdzieniegdzie odniesieniem do Williama Gibsona i jego „Rozpoznania wzorca”. Hashtag cyberpunk unosił drobinę Michała Wiśniewskiego ponad poziom zwykłej burczymuchy. Recenzje książki rozłożyły się po równo (in plus) pomiędzy miłośnikami sitcomu i kabaretu, którzy na prozie magnetofonowej lubią prawdopodobnie podbudować poczucie własnej analogowej wartości oraz (in minus) malkontentami, których tego typu pisanina najzwyczajniej nuży.

Po co powielać ten memowy obraz? – złościła się Olga Wróbel. Nie wiem, czy jest prawdziwy, ale jest doskonale znany. Dobrze, wiem już, że postaci trzeba wziąć w nawias. Nie miały być realistyczne, nie są. Ale dlaczego mam o nich czytać? Czy autor powie coś więcej niż to, że jesteśmy zuniformizowani i skażeni przez te same manie w kilku przewidywalnych odmianach? (…) To kolejna historia teoretycznych wszystkich, nieźle opowiedziana, można pobawić się w tropienie świeżych, popkulturowych cytatów i środowiskowych aluzji (znalazłam jedną), można przypomnieć sobie dzieciństwo na drabinkach wbitych w beton i poszukiwania miłości nad kolejnymi piwami na imprezach. (…) Każdy bohater Wiśniewskiego jest okropnym zlepkiem stereotypów. (…) Napompowana polską literaturą pozwolę sobie na finałową myśl: czemu tak smętnie? Problemy są. Ale jeżeli ma się lat 30 plus i nadal nie przeszło się na level akceptacji tego stanu rzeczy jako normalnego, to raczej tym się trzeba martwić, a nie faktem, że miłość to twór przelotny, a potem męcz się z tym człowiekiem odartym z feromonów oraz że popkultura nas wszystkich zjadła i wypluła.

Ufam Oldze i uwierzyłabym jej zapewne i tym razem, odkładając nieczytany „Jetlag” na półkę z napisem „frustracja”, gdyby nie ten dead drop, który tak uparcie wystawał mi z Analyticsa.

Selfie w Poznaniu, Spring Break

Fot. Klaudia Kubis

 

Skojarzenia się powtarzają

Początek ambiwalentny, jak lubię. Bo z jednej strony oczywiście śmierdzi zewsząd tym kalafiorem, ale już za chwilę schodzimy do podziemnego przejścia, gdzie czekają na nas inne wonie… „Nawet Pani nie wie, jak trudno zaskoczyć samego siebie – odpowiedziała ostatnio Justyna Sobolewska na mój zarzut o sztampę w recenzjach. – Skojarzenia się powtarzają, bo taką się ma wrażliwość.” To zdanie mi się przypomniało, gdy wraz z zejściem do podziemnego przejścia zaraz na pierwszych stronach książki Wiśniewskiego wyskoczyła mi nagle z głowy „Gra w klasy” Cortázara. Zejście w głąb – brzuch miasta – brzuch – pożądanie – stara kloszardka i jej opozycja – Maga / Dziewczyna z Dredami – poszukiwania Magi / Dziewczyny w mieście – „Czy udałoby mi się spotkać Magę?”

Różnica jest tylko taka, że Oliveira dał sobie w tym miejscu po heraklitejsku zrobić kloszardce loda, a „ja” Wiśniewskiego (książka pisana jest w 2 os. l. poj.) odwraca od niej wzrok.

Jakkolwiek wkurzyłam się na siebie, bo rzeczywiście wszędzie widzę Cortázara albo Masłowską, to jednak to skojarzenie właśnie otworzyło mnie na „Jetlag”. Początek tekstu jest niezwykle gęsty, pełen odniesień –  jakbyśmy trafili do kulturowej serwerowni. „Można pobawić się w tropienie świeżych, popkulturowych cytatów i środowiskowych aluzji” napisała Olga Wróbel. Zgoda, ale nie tylko. Na tym – przynajmniej dla mnie – zabawa się nie kończy. Można pójść tropem popkultury, jasne. Ale z tego przejścia podziemnego wychodzi się na powierzchnię miasta i lektury jednym z kilkunastu możliwych wyjść niczym spod stacji metra Nepliget w Budapeszcie. Można podążyć za wspomnianym Gibsonem, czy Cortázarem, który przecież szukał w Paryżu znaków ukrytych w murze (sic!), ale można pójść śladem „Człowieka, który śpi” Pereca i też będzie git.

„Jetlag” na pierwszych stronach rozkłada więc swoje bebechy i każe coś z nich dla siebie wygrzebać, czegoś się chwycić. Potem jest już z górki.

Cukierki o smaku mięsa

Ale myli się ten, kto pisze, że to „kolejna historia o teoretycznych wszystkich”, jakie znamy. Postaci, z pozoru tylko papierowe i płaskie w cudowny sposób w trakcie lektury ożywają, wyłażą z tła, są mięsne jak chińskie cukierki przywiezione przez Wiktora z podróży służbowej do Chin. Mają smak. I pachną CK One. Albo Eau de Cartier. A może innym uniseksem. Czas obszedł się z nimi różnie. Ale wbrew temu co pisze Jarosław Czechowicz „Jetlag” nie jest żadnym „utyskiwaniem na świat bez konturów i ludzi bez charakteru”. Ten świat ma kontury tak mocne, że aż oczy bolą. I ten świat na ludziach Wiśniewskiego z całą mocą odcisnął właśnie swoje piętno / piękno (niepotrzebne skreślić).

Swoją drogą, za każdym razem, gdy zerkam do recenzji Czechowicza, to widzę, że ma on problem nie tylko z określeniem wartości najnowszej polskiej poezji i prozy (vide Dymińska), ale też nie potrafi odpowiedzieć sobie na dręczące go często pytanie, do kogo autor swoją książkę kieruje. „Bo że odbiorcą ma być czytelnik, świadczy bezpośredni zwrot do niego już na początku”, odkrywa. Zaiste, kluczowe dla pisarza jest umiejętne targetowanie kontekstowe swojego produktu. Myślę, że pojawiający się w „Jetlagu” lokalni trendsetterzy Olivier i Cecylia powinni byli zamiast Zuzy porwać Czechowicza. Proszę mi wierzyć, istotą „Jetlaga” naprawdę nie nie jest „odkrywanie tajemnic spotkań grupy furrysów” – to nie kolejny Pan Samochodzik. A jak kogoś drażni smutny bohater, który traci poczucie sensu wychodzenia z domu, to niech mi tu teraz pomarudzi na Georgesa Pereca, że smętny i żeby sobie lepiej posprzątać w lodówce, no proooooszę!

„Jetlag” to może być książka o miłości. To może być też książka o innych książkach. Nie tylko tych z nurtu cyberpunkowego. To może być również książka o mnie, tak. Jeśli poczuję, że Wiśniewski wtłacza mi swoją narrację w sposób podobny do tego, w jaki próbują robić to korporacje, na zasadzie „teraz ty jesteś sprite” etc. Gotowa narracja życia – zupełnie jak futro wiewiórki Wandy, takie milutkie, że nic, tylko je zamieszkać.

Knajpa drzwi, Jesus was hehe

Fot. Klaudia Kubis

 

Projekt: prawda

Jak mi ktoś poleca jakąś powieść, to pytam „Przepraszam, a warto było to zmyślać?”. I jak mój rozmówca mnie przekona, że warto, to ja wtedy jestem gotowy to przeczytać – powiedział w jednym z ostatnich wywiadów Mariusz Szczygieł. To ja, gdyby mnie tak Szczygieł zagadnął przypadkiem o „Jetlag”, odpowiedziałabym, że warto. Warto było zmyślić „Jetlag”.

W tym wywiadzie, poprzedzającym zresztą premierę „Projektu: prawda” (książka ukazuje się 4. maja) Szczygieł wyznał jeszcze coś, co dla „typowego Jarosława Czechowicza” może okazać się niemałym szokiem. Otóż powiedział Szczygieł, że życie nie ma według niego żadnego sensu. „Widzę tylko jeden wielki absurd, wielką niewiadomą.” Co zatem zrobić z tym fantem, Mistrzu? – rodzi się pytanie. „Każdy rozsądny człowiek powinien po prostu dążyć do jakiejś prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane.” Do takiej prawdy dążą właśnie, z towarzyszącym poczuciem bezsensu, bohaterowie Wiśniewskiego. Ich (nasze?) życie składa się po prostu z serii przypadków i wiele (wszystko?) zależy od tego, którego dead dropa (prawdę) sobie skopiujemy. Jego zawartość nada bowiem wydarzeniom formę a forma, jak wiadomo, „jest ratunkiem dla mózgu, biednego, opuszczonego mózgu.” Bez niej smutek byłby bezwstydny.

//

Coś mi się zdaje, że kolejny dead drop, na który się natknę, to będzie pewnie „god+hates+poland” ;)

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz