Książki

Daleko od centrum. Wędrówka po własnych obrzeżach z „Zawsze jest dzisiaj” Michała Cichego

9 grudnia 2015
Kraków, Cracow in black and white

Lubię biegać późną jesienią. To, co zwykle o tej porze roku zakłóca mój odbiór miasta, irytuje, gdy jestem pospiesznym przechodniem, podczas biegu nie tylko nie przeszkadza, ale zmienia się jednocześnie w doping i nagrodę. Uczucie zimna znika po piętnastu minutach rozgrzewki, odpowiednio szczelne ubranie pozwala zapomnieć o mżawce i wietrze. Chłód, który na początku motywuje do biegu, później przyjemnie wystudza. Gdy znikają pogodowe dystraktory i ciało odnajdzie swój rytm, oddech staje się regularny, a myśl skupia tylko na tu i teraz – krokach, ich tempie, oddechu.

Bieg zmienia perspektywę, sposób doświadczania przestrzeni oraz własnego ciała. Następuje sprzężenie biegnącego z trasą, warunkami atmosferycznymi, krajobrazem. Dzieje się coś takiego, co zauważył Richard Sennett, otóż przestrzeń wokół zaczyna się kształtować za sprawą tego, jak odbieram swoje ciało. A bieg niejako przywraca mnie ciału, osadza w nim. Nie myślę o pokonanych kilometrach i mecie, w pewnym momencie cała ta zabawa staje się po prostu bezinteresowną grą, w której pozwalam się uwieść i wyprowadzić na przedmieścia, godząc na chwilowe zagubienie bez obaw.

Byłem poza domem. Uczę się patrzeć. Tak, zaczynam…

Moje przebieżki po mieście, jak spacery Michała Cichego w „Zawsze jest dzisiaj”, fundują kalejdoskopową symultaniczność wrażeń (jak to kiedyś zgrabnie sformułowała Elżbieta Rybicka w swojej książce o flâneurowskich narracjach). Gdy w wytrwałym wysiłku nastrajamy ciało na uwagę vel uważność, zostajemy nagle obdarowani mnogością sensualnych bodźców, profuzją impresji.

Z tej okraszonej endorfinami magmy codzienności wypłynąć może wszystko – pięć smug po odrzutowcach, spadające liście, cienie na karoseriach aut, wrony zjadające martwego gołębia na tyłach biurowca, oklejony ogłoszeniami przystanek autobusowy, pierwsze kasztany, mała biała kapliczka na rogu ulicy zamieszkała przez pająka krzyżaka, dzikie owoce, ich zapach.

Stałem na podwórku jednej z kamienic przy Bednarskiej, niedaleko miejsca, gdzie stromy spadek się kończy, i próbowałem ponad szczytem starego klasztornego muru odczytać napis na wewnętrznej stronie bramy ogrodu. „DIGNVS EST AGNVS…”, czyli „Godzien jest Baranek”, potem tynk był pociemniały od zacieków i dalszego ciągu nijak nie dało się nieuzbrojonym okiem odcyfrować. Za plecami słyszałem co chwilę głuche pacnięcia. Małe żółte kuleczki toczyły się po chodniku, a w powietrzu dookoła unosił się słodko-kwaśny zapach. Spadanie mirabelek to znak zbliżającego się sierpnia.

Ulica staje się swego rodzaju lekturą, a uważny spacerowicz (albo biegacz) przypomina czytelnika, który, parafrazując Franza Hessela, niespiesznie i z niekłamaną przyjemnością przerzuca kolejne karty książki nie czując bynajmniej obowiązku wydawania kategorycznych sądów na jej temat. Przecież w końcu jedyne co wkurza Cichego w mieście to kostka Bauma. Przyjmuje to, co się wokół niego dzieje bez prób tłumaczenia, budowania opinii, wystawiania ocen, tworzenia wartościujących opozycji. Trochę bez świadomości porządku i nieporządku. A na pewno poza tradycyjną hierarchią wartości. Wszystko to wygląda tak, jakby uczył się Michał Cichy jak należy patrzeć i widzieć z „Gry w klasy”, od Cortazarowskiej Magi, która zatrzymywała się nagle bezwiednie na ulicy „ażeby spojrzeć w podwóreczko, na którym nie było nic, tylko zielonkawe światło gdzieś w głębi”, a potem by „obejrzeć jakąś starą figurę, czasem studzienkę porosłą bluszczem, czasem nic, czasem zniszczone bruki z kocich łbów, omszałe ściany”.

Cykanie świerszczy tak głośne, że przebija się przez uliczny ruch

Dla autentycznego flâneura prosta, bezpieczna, przewidywalna linia marszu jest bezmyślnym pozbawianiem się wielości doświadczeń, uniemożliwieniem sobie spotkania z tym, co nieznajome. Strachem przed dzikością obcej przestrzeni. A u Cichego zewsząd przeziera dzikość. W dosyć starannie pielęgnowanym organizmie miejskim są całkiem nieodległe przestrzenie odrębne, dzikie, nie poddające się rewitalizacji, nie idące za duchem czasu. Działki, kolejowe bocznice, zapomniane ścieżki i ślepe uliczki, ogłoszenia z błędami ortograficznymi, ulotki domów rozkoszy za wycieraczkami aut, bażanty na torowiskach, ogromne liście łopianu, stare krępe jabłonie, kruszejące chodnikowe płytki. Ta dzikość i dziewiczość, odbierana przez niektórych za ignorancję, tkwi również w niektórych napotkanych, znajomych ludziach.

Miasto było puste, a knajpy pełne. Na chodniki kapała woda z klimatyzatorów. Przechodziliśmy ze Staszkiem przez plac Zbawiciela. Przy jednym ze stolików przed Charlotte’ą siedziały Magda Cielecka i Edyta Olszówka. Magda zachwyciła się Myszką. Staszek, który nie ma telewizora i nie chodzi do kina, w ogóle nie wiedział, co to za laski.

Utopia „dziewiczego oka” białego szamana w nylonowych gatkach

Wydawać by się więc mogło, że „Zawsze jest dzisiaj” to naiwna pochwała prostoty i przypadkowości. Że oko narratora i jego opowieść chwytają i oddają różnorodność zdarzeń w sposób wierny rzeczywistości, że są – jak zostało to już po wielokroć napisane – transmisją na żywo spadających liści. Nic bardziej mylnego. Ta książeczka stwarza nam, paradoksalnie, doskonałą tej transmisji iluzję.

Widzenie miasta (jak każde widzenie) jest zarazem jego konstruowaniem, tym bardziej, gdy usiłujemy je odwzorować w porządku jakiejkolwiek wypowiedzi. I ta myśl została również wielokrotnie wyrażona explicite w tekście, między innymi w słynnym fragmencie z komarem.

Miała długie nogi i pięknie rozkładała je na boki, żeby nie przeszkadzały jej w locie. Była komarem. Dostała się między szyby mojego starego podwójnego okna i starała się znaleźć jakąś przerwę w szkle. Moje okno ma dolne lufciki otwierane na boki. Ramy są spaczone. Zewnętrzny lufcik od czterech lat nie był otwierany, bo mógłby się z powrotem nie zamknąć. Wewnętrzny od równie dawna nie był zamykany. Ona była na tym świecie najwyżej od miesiąca.

Dochodziła ósma rano. Za szybą widniały następujące aspekty rzeczywistości: biało-pomarańczowa śmieciarka z napisem „Ekocel” zatrzymała się na półtorej minuty i migała pomarańczowym światłem po ulicy. Dozorczyni pani Bogusia zgarniała miotłą suche liście z chodnika do szufelki na długim kiju. Przeszła do pani od Zuzi z Zuzią. Zuzia jest yorkiem. Mieszka w sąsiedniej klatce i jest z nią przyjaźń. Jej pan, pan Ludwik, umarł wiosną tego roku. Ironia, nazwijmy ją ironią losu, polegała na tym, że dopóki komar był między szybami, nie miałem go jak zabić. Z radia leciała czwarta symfonia Schumanna. Schumann umarł w domu wariatów.

Po długich dwudziestu trzech minutach owad znalazł drogę z powrotem do pokoju. Wstałem z krzesła, przymierzyłem dokładnie i klasnąłem w dłonie.

Jest więc poemat Michała Cichego jednocześnie pochwałą i krytyką niezapośredniczonej uważności zmysłów. Z jednej strony autor wydestylował tekst z jakichkolwiek przypisów, porównań, uciekł od wszelkich wyrażanych expressis verbis aluzji i skojarzeń, których zwykle pełno w pamiętnikach flâneurów. A jednocześnie nie potrafił, nie chciał z nich rezygnować w samej konstrukcji swoich opowieści. Ba! Celowo przecież tę konstrukcję zmajstrował. Cała ta mozaikowa relacja ze spacerów po zakamarkach miasta jest jednocześnie odejściem od formy i jej apologią w najczystszej postaci.

Przez pisanie schodzę w głąb wulkanu, zbliżam się do Matek, łączę się ze środkiem – niech się dzieje co chce. Pisać – to rysować moje ‚mandala’ i równocześnie obserwować je, stwarzać oczyszczenie w chwili oczyszczania się; ot i zajęcia biednego białego szamana w nylonowych gatkach. – JC „Gra w klasy”

Tworzenie jest tu, analogicznie do spacerowania, poddaniem się pewnemu rytmowi, wyjściem z chaosu nie dzięki myśli, lecz dzięki melodii, swingowi, krokom, kołysaniu. Ale zarówno tworzenie jak i spacer opierają się na incydentalnym wyborze, który determinuje działanie oraz jego skutki, jak uczył Heisenberg. Poznanie jest więc zawsze poznaniem fragmentarycznym, nie wychodzącym poza jasno określone granice w pojmowaniu. I z tych fragmentów próbujemy wnioskować całość (zupełnie tak, jak czytając „Grę w klasy” tworzymy jakąś, za każdym razem inną, powieść z rozsypanych po różnych stronach książki rozdziałów).

I, być może jak w Paryżu Cortazára, nie ma już odwrotu, nie można uciec przez zapośredniczeniem, oddalić od kanonu. Spacerowicz Cichego byłby w tym rozumieniu jednocześnie Horaciem i Magą, poznawczą ambiwalencją w jednym męskim ciele (plus pies, a raczej suka). On – Sèvres: synonim cywilizacji i kulturowego dziedzictwa, wykwintny, „au courant wszystkiego, obdarzony tak zwanym dobrym smakiem (…), barok i gotyk, kierunki filozoficzne, polityczne napięcia, Shell i Esso…”, Chateaubriandowski Szaktas wyruszający z Ameryki do Europy i Ona – Babilonia: Atala, „dziewica ostatniej pieszczoty” obdarzona naiwnością i nieskażonym spojrzeniem, dla której miasto stanowi neutralne tło codzienności, która chodzi do księgarni po to, by ogrzać się przy piecu. „Choć o tym nic nie wiedziała, przyczyna jej łez, kolejność zakupów lub sposób smażenia kartofli były znakami.”

Próbie odrzucania starego (wertykalnego, hierarchicznego) porządku towarzyszy u Cichego obnażenie pragnienia „zbliżenia się do siebie samego”, do „sedna” (w układzie horyzontalnym, na płaszczyźnie miasta). Pragnienia naiwnego, które sprawia, że dajemy się złapać w łatwe sidła geometrii, sidła indoeuropejskich tęsknot. Bowiem trwałe, niezmienne centrum przecież nie istnieje.

Śródtytuły zaczerpnięte z prozy Michała Cichego („Zawsze jest dzisiaj”), Julio Cortazára („Gra w klasy”) i Rainera Marii Rilkego („Malte”). O historii miejskich przechadzek poczytać można w „Modernizowaniu miasta” Elżbiety Rybickiej

PS. A tak poza tym, to polecam zastanowić się przez moment nad numeracją kolejnych części książki. I zwrócić uwagę na rolę światła w ostatniej z nich ;)

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz