Książki

Danke, Donald! Dominika Dymińska u stóp Szklanej góry

14 marca 2016
Mela Koteluk Katarakta

W odróżnieniu od sensacji, które można już znaleźć w licznych artykułach na temat nowej książki Dominiki Dymińskiej, z Miszonga nie dowiecie się, dlaczego młodzi ludzie nadużywają narkotyków i eksperymentują z seksem. Nie napiszę nic o okropnym Facebooku, dorastaniu, nałogowym rzyganiu i życiu zepsutej warszawskiej bohemy. Ani o tym, czy „DANKE” jest według mnie podobne do jej debiutanckiego „Mięsa” i (a jakże!) tak samo złe. Wolałabym pokazać, że Dominika Dymińska jest całkiem zwinna we wspinaczce po zboczach Szklanej góry i otrzaskana w rzucaniu księżniczkami. A uczyć ją tego mógł sam Donald Barthelme.


Nie trzeba daleko szukać. Streszczać, opowiadać. Oczywiście można, mówiąc o „DANKE czyli nigdy więcej”, grzęznąć złośliwie na poziomie opowieści, zadając sobie trud wytykania autorce infantylizmu i płycizn. Można wyrazić swoje rozczarowanie i złość z powodu zaprzątania zajętej poważnymi sprawami uwagi czytelnika jakimś dziewczyńskim pamiętniczkiem o bolesnym pierwszym razie i bulimii.

Można też nastawić się do autorki nieco bardziej życzliwie i dostrzec w jej książce nową odsłonę burzliwie napierającego w swej ekspresywności (niemieckiego, sic!) gatunku Bildungsroman (co zresztą sama chętnie bym zrobiła).

Można nawet podejść do tematu ze społecznym przytupem, co lubi na przykład telewizja, rozważając poważnie opisane w książeczce zagrożenia, jakie czyhają na piękną, młodą, naiwną dziewczynę w dużym mieście. Najlepiej przy dźwiękach katastroficznych utworów Karoliny Czarneckiej („Mity Tiny” na przykład, w trzech częściach). Można. Ale po co?

Chcę mieć problemy prawdziwie niemieckie

Sama Dymińska na pierwszych stronach „DANKE czyli nigdy więcej” uprzedza, że „to jest operacja na złamanym sercu. Opowieść o tym, jak nic nie można, i o tym, jak można nic nie rozumieć z otaczającego świata. O tym, jak bardzo jest: źle. A powinno być: dobrze.” Bardzo proszę. Ale uwaga, jak już nauczycie się rozumieć, to może wam się odechcieć.

Język to najpotężniejsze narzędzie, które mam – czytamy w „DANKE”.
Zmieniam więc język w telefonie na niemiecki,
zmieniam język mojego życia na niemiecki i będę
mówić mówić mówić
po niemiecku niemiecku niemiecku,
będę ozdobą tego systemu,
diamentem w jego krystalicznej sieci,
w jego kryształowej sieci kryształem.
Całe moje zdania będziecie czekać na moje przeczenia,
całe moje zdania będziecie czekać na słowo NIE,
całe moje zdania będziecie czekać na ich koniec.

Im dalej w las tekstu, albo lepiej – pod górkę (a dlaczego lepiej, to za chwilę), wszędzie widać odwołanie do słynnego antysymbolicznego manifestu Gertrudy Stein: Róża jest różą, jest różą, jest różą.

kiedy w kółko powtarza się jakieś słowo
na przykład
ręka
ręka
ręka
ręka
ręka
dostrzega się arbitralność przyporządkowania tego
dźwięku do elementu rzeczywistości,
do którego się odnosi.
Wystarczy powtórzyć odpowiednio dużo razy.
(…)
Nie ma czegoś takiego jak bycie dobrym w łóżku,
żeby być dobrym w łóżku, trzeba być dobrym poza
łóżkiem,
trzeba być dobrym wszędzie.
(…)
Puszczanie się to puszczanie się
to puszczanie się
to puszczanie się.
(…)
Ciało jest ważne.

Dymińska, jak niegdyś Gertruda Stein, toutes proportions gardées, wzywa do interpretowania rzeczy takimi, jakie są. Zbiera słowa, układa je w różne kategorie, próbuje uporządkować, ale wszystko się jej rozsypuje, ujawniając,  jak bardzo nazwy i reprezentowane przez nie wartości stały się puste. Powtarzane wielokrotnie słowa straciły swoje odniesienia do rzeczywistości. Dymińska obnaża tę prawdę za pomocą podobnych narzędzi, których użył Donald Barthelme w opowiadaniu „Szklana góra”.

Nikt zresztą nie wierzy w orły

„Szklana góra” Donalda Barthelmego, jedno z opowiadań zamieszczonych w tomie „City Life” z 1970 roku, składa się ze stu ponumerowanych zdań, które obrazują wspinaczkę bohatera na szczyt tytułowej góry, stojącej na rogu Trzynastej Ulicy i Ósmej Alei w Nowym Jorku. Wyzwanie, które podejmuje bohater opowiadania wbrew radom i pomimo kpin swoich znajomych, ma go zbliżyć do „pięknego, zaczarowanego symbolu”, skrytego wśród drzew i kwiatów, w złotym zamku na samym wierzchołku szklanego wzgórza. Podczas wędrówki przez kolejne piętra (zdania), poznajemy motywację „rycerza” (zaopatrzonego w gumy do przetykania urządzeń sanitarnych, które zapewniają przyczepność do śliskiego zbocza) i mamy (jako czytelnicy) udział w różnego rodzaju wątpliwościach, które go nurtują.

58. Czy warto zdobywać górę i doznawać tylu cierpień tylko po to, żeby odczarować symbol?
59. Czy dzisiejszym ludziom o silniejszej osobowości nadal  p o t r z e b n e  są symbole?
(…)
71. „Symbol konwencjonalny (na przykład słowik utożsamiany często ze smutkiem) mimo charakteru ściśle umownego nie jest znakiem (jak np. światła uliczne), ponieważ może budzić głębokie uczucia, a ponadto przypisuje mu się właściwości niedostrzegalne dla oczu.” (Słownik terminów literackich)
72. Obok mnie przeleciała chmara słowików ze światłami ulicznymi przywiązanymi do łapek.
(…)
79. Zrobiłem w myślach przegląd konwencjonalnych sposobów dotarcia do zamku.

Jednym z takich sposobów jest skorzystanie z pomocy orła, który wbija swoje szpony w ciało śmiałka, umożliwiając mu w ten sposób wdarcie się na zamkowy taras. W odpowiednim czasie należy się z więzów ptaszyska wyzwolić, a potem po prostu kontemplować własny sukces… Udziałem bohatera staje się jednak coś innego.

97. Zbliżyłem się do symbolu, z jego bogactwem warstw znaczeniowych, który jednak przy dotknięciu zamienił się tylko w piękną księżniczkę.
98. Zepchnąłem piękną księżniczkę głową w dół ku znajomym zebranym u podnóża.
99. Można było mieć pewność, że oni już się nią zajmą.
100. Nikt zresztą nie wierzy w orły, nikt w ogóle, ani przez chwilę.

Konwencjonalne symbole straciły swoją nośność, aktualność, nie budzą żadnych „uczuć”, są wyjałowione, puste. Czytelnik „DANKE” podobnie jak ten „Szklanej góry”, pozostawiony jest z pustymi rękami i poczuciem śmieszności. Utwór kwestionuje sam siebie, swoje środki, cele, swoich bohaterów i zasadność podejmowania przez nich działań (to jak taka „Gra w pyłki” Nataszy Goerke albo jej „Opowiadania”).

 

W ścisłym centrum zainteresowań Barthelmego i Dymińskiej znajduje się ambiwalencja ponowoczesnej rzeczywistości, która z jednej strony kusi nas nieskończonymi możliwościami, a z drugiej – wpędza w kompleksy i frustracje, powodując niejednokrotnie uczucie bezradności i niechęci do podejmowania jakiegokolwiek działania.

Wstaję rano i robię to, co zawsze.
Nie włączam komputera,
bo nie muszę go włączać,
bo ciągle jest włączony –
od tego są komputery.
Przeglądam kilka serwisów społecznościowych,
kilka portali plotkarskich i kilka blogów.
Oczywiście nie przeglądam tego na serio,
przeglądam to dla beki.

(…)

Trochę coś porobić,
trochę gdzieś pochodzić,
czymś się pointeresować,
ale szybko przestać.
Nic nie robić na serio,
dla beki robić wszystko.
Podejmować aktywności o charakterze rekreacyjnym –
jazda na rowerze, opalanie, pływanie, bieganie, picie
piwa, jedzenie, niedalekie wyjazdy –
ale tylko popołudniami i w ogóle bez przesady.

Ta schizofreniczna sytuacja, która stała się powszednim doświadczeniem człowieka (za oceanem trochę wcześniej niż u nas), zmusza bohaterów Barthelmego i Dymińskiej do podejmowania ciągłej wewnętrznej walki. Przede wszystkim są to próby przetrwania i budowania jakichkolwiek znaczących relacji międzyludzkich oraz nadawania sensu własnym, codziennym działaniom. To permanentne „poszerzanie pola walki” na płaszczyźnie narracji przekłada się na sferę języka, gdzie to już „sam pisarz” zmaga się z bezwładnymi, pozbawionymi często swoich właściwych znaczeń słowami, próbując nadać im jakikolwiek interpretowalny kształt. Ten zabieg aktualizujemy potem podczas odbioru dzieła, które zmusza nas, by utracone sensy i symbole odtwarzać.

Pocięcie utworu na pojedyncze (ponumerowane w przypadku Barthelmego) zdania, podważa i rozsadza kompozycję oraz nasz pogląd na temat spójności tekstu. Użycie „nieprzezroczystego” języka natomiast, który odwołuje się do swoich własnych ograniczeń, powoduje, że czytelnik czuje się eksmitowany z wygodnego miejsca, które zazwyczaj wobec tekstów mógł zachować.

Im więcej znam języków, tym bardziej świat
składa mi się w przerażającą całość.
Im więcej rozumiem, tym bardziej nie chcę.
A teraz wam – DANKE – dziękuję.
Po cokolwiek przyszliście – tego tutaj nie ma.

Dymińska nie ufa literackim konwencjom, zaprzecza linearności tekstu i podważa przyczynowo-skutkowe następstwa wydarzeń, które zwykle wiążą dzieło w spójną całość. Ma to swój rodowód w obserwowanym rozpadzie międzyludzkich kontaktów, niemożności utrzymania trwałych, wartościowych relacji, szczególnie damsko-męskich.

Mojego byłego chłopaka ostatni raz widziałam na Tinderze.
Wszystko mi zabrał, oddał zepsute.
Zostawił mi w głowie swoje ulubione zdanie:
POTRZEBUJĘ CZASU.
Ile?
Trzy minuty randki, żeby włożyć rękę w majtki.
Bolało – niech boli.
Poboli – przestanie.
Przyjęłam wszystkie przeprosiny, których nigdy nie usłyszałam.
Byłam nawet na randce.
W domu się zrzygałam.

Byłam miłością jego życia i byłam nią dopóki się nie znudziłam,
dopóki go nie zmęczyłam.

To, co już w latach 60-tych i 70-tych zapowiadała proza amerykańskiej, odbija się m.in. w „Danke”. Nie jest to oczywiście pierwszy taki tekst w polskiej literaturze – Dymińska podąża tu tropem Agnieszki Drotkiewicz czy Doroty Masłowskiej, pokazując jednak, jak bardzo od czasu „Dla mnie to samo” czy „Pawia królowej” zmienił się język, który nas (de)konstruuje.

To postępujące zanikanie relacji międzyludzkich – czytamy w „Poszerzeniu pola walki” Michaela Houellebecq’a – nie pozostaje bez wpływu na problematykę powieści. Jak w obecnej sytuacji posługiwać się narracją gwałtownych namiętności, które trwają przez lata i czasami odciskają piętno na kolejnych pokoleniach? Jesteśmy daleko od „Wichrowych wzgórz”, delikatnie mówiąc. Forma powieściowa nie jest jeszcze gotowa, by opisać obojętność i nicość, trzeba by wymyślić bardziej bezbarwny sposób wyrazu, bardziej zwięzły i bardziej monotonny.

Nie jestem pewna, czy to się Dymińskiej wymyślić udało. Na pewno próbowała. A trzeba przyznać, że łażenie po Szklanej górze jest jednak cholernie upierdliwe – równie mocno jak tłumaczenie się z niego. Prawdziwe Deutsche vita!

Fot. tytułowa: Daniel Bloom feat. Mela Koteluk „Katarakta” [Official Music Video] / YouTube

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz