Kadry, Kawałki

Enea Spring Break 2016 #BNWSHOTS

30 kwietnia 2016

Spring Break skutecznie rozbudził w nas głód na regionalne przysmaki. Zamiast go jednak zaspokoić, pozostawił z uczuciem lekkiego niedosytu. Nie da się ukryć, że poznańskim festiwalem kieruje reguła niedostępności – już w czwartkowy wieczór odbiłyśmy się od tłumu czekającego na Kroki pod Projekt Lab, by doświadczenie to powtórzyć również w sobotę. Na Tomka Makowieckiego z Danielem Bloomem w Blue Note nie sposób było się wbić.

Tam, gdzie już udało nam się dotrzeć tkwiłyśmy po dwa kwadranse (tyle trwały przeważnie koncerty na Spring Breaku) stłoczone jak w porannym autobusie wyjeżdżającym z budzącego się na przedmieściach osiedla. I tyle marudzenia. Bo poza poczuciem niedosytu pozostała jednak ta odrobinka szczęścia z powodu tego, co usłyszałyśmy.

Wyjechałam z Poznania przekonana o mocnej pozycji niebanalnych artystek na polskiej scenie muzycznej. I z poczuciem, że rodzi się na niej coś świeżego i bardzo na serio. Obok wszechobecnej ironii, dystansu, chłodu elektroniki jest coraz więcej wyznań prostych, ale odważnych i osobistych.

Mam tu na myśli projekty takie jak Lor, które łatwo krytykować, bo są w swej szczerości zupełnie bezbronne. Jednak sposób, w jaki dziewczyny traktują to, co robią (bardzo poważnie) i fakt, że udało im się od ludzi ściśniętych w ciasnej salce Dragona wyegzekwować totalną ciszę, zupełnie mnie obezwładnił.

A w intensywną podróż zabrała swoim występem Zimowa. Jest coś hipnotycznego w tym, jak gra i jaki klimat buduje grupa z Wodzisławia, również obrazem. W moich oczach wszystko stało się nagle czarno-białe a uszy wypełniły niezwykle przestrzenne dźwięki. Tak się zresztą o Zimowej pisze – „przestrzenna elektronika”. I to trafia w sedno, szczególnie na koncercie, bo właśnie taką przestrzeń –  zimową, chłodną, ale zmysłową, urzekającą, buduje swoimi kawałkami Zimowa.

O entuzjazmie Wiktorii Jakubowskiej, która zagrała w Poznaniu z Agi Brine, słyszałam już jakiś czas temu w programie Agnieszki Szydłowskiej w Trójce. Jakubowska gra też m.in. u Zosi Mikuckiej (Soniamiki) oraz z zespołem Cosovel. Rozpiera ją energia, która daje koncertom mocnego kopa. I to z takim luzackim uśmiechem i w pełnym makijażu – klasa!

To jeszcze kilka słów o facetach i ambiwalencjach. Po powrocie ze Spring Breaka i obejrzeniu ostatniego odcinka „Tygodnika kulturalnego” poczułam się ze swoimi emocjami odrobinę raźniej. Od jakiegoś czasu, szczególnie w towarzystwie Klaudii, usilnie próbuję przekonać się do Lao Che. I jakkolwiek mój rozum mówi, że to całkiem fajna muzyka – serce pozostaje niewzruszone. O dziwo, zupełnie jak serce Marcina Sendeckiego, który w „Tygodniku” przyznał, że jego Spięty także nie porusza. Nawet erotykiem. Mimo że nowy projekt Lao Che i Pink Freud czyli Jazzombie (obecny na poznańskim festiwalu z nową płytą) mi się podobał (fajne takie, funkowo-jazzowe, miłe), to właśnie – po kolejnych przesłuchaniach – nuży. Cóż, Spięty pozostanie dla mnie zawsze przygodą na jedną noc.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz