Książki

Fiedorczuk, Franczak, Halber, Pleijel – odstresuj się i połącz kropki

9 lutego 2017
burdel w aucie

Książki, które ostatnio wpadają mi w ręce, wbrew oczekiwaniom i wszelkiej logice, układają się w opowieść o kobietach, depresji i skłonności do uzależnień. Pomimo amplitudy narracyjnych temperatur, geograficznego dystansu dzielącego bohaterki (od Szwecji przez Polskę po Włochy) oraz różnicy czasu, w którym się światy przedstawione moich lektur obracają – wszystkie oblewa jednakowo zimna fala smutku.

 

Małgorzata Halber, „Najgorszy człowiek na świecie” Wydawnictwo Znak literanova, Kraków 2015

Małgorzata Halber Najgorszy człowiek na świecieTe kropki, które uporczywie łączą się w zimnofalowy krajobraz, jeszcze kilka tygodni temu tworzyły kolorowy archipelag kontrowersji. A wszytko zaczęło się od „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber, łykanego (nomen omen) trochę w tramwaju, trochę u fryzjera. Łapczywie, nieco bezwiednie . „Najgorszy człowiek…” jaki jest, każdy widzi(ał) a trafną i wyczerpującą jego recenzję popełnił na stronach Dwutygodnika Jakub Zgierski.

Zaraz po ukazaniu się książki publicyści zaprzęgnęli znaną prezenterkę i dziennikarkę muzyczną do komentowania robaków toczących Warszawkę równie żwawo, jak później Dominikę Dymińską (z okazji wydania „Danke”). A mnie, gdzieś mniej więcej od połowy lektury alkonotatnika Halber, towarzyszyła playlista teenage tragedy song. Bohaterka książki, Halina (trochę mnie bodzie, czemu Halina jest Haliną skoro autorka traktuje tę historię jawnie autobiograficznie), czuje się bowiem tak odmienna i osobna, że buszując po raz kolejny w nocnym, śpiewa (mimo krwawego upodlenia pod PeKiN-em) sentymentalną pieśń ku czci własnego ego. Wobec książki, która chyba bez nadmiernych literackich pretensji spełnia ważne społeczne zadanie demaskowania i „odtabuizowania” kobiecego alkoholizmu, mam jedynie zarzut związany z uporczywie przewijającym się „motywem zielonych baletek”. Bo niby Halber spisuje wyznania alkoholiczki z pokorą wobec świata i wszystkich-innych-uzależnionych, a jednak podczas terapii, która ma jej pokazać, że podlega takim samym mechanizmom jak pan Mietek spod budki z piwem, z ulgą wskakuje w tych swoich baletkach na margines wyjątkowości osoby o zainteresowaniach nieprzeciętnych.

Po lekturze w głowie został mi przede wszystkim obraz włączników światła umazanych czekoladą z wedlowskich delicji, mający dosadnie reprezentować rzeczywistość bohaterki w nietrzeźwej ruinie (umówmy się: ślady po czekoladzie jako jedyny w sumie objaw uzależnienia, na jaki można się natknąć w mieszkaniu Haliny, prezentują kobiecy alkoholizm raczej w krzywym zwierciadełku).

26 listopada Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu wystawił adaptację „Najgorszego człowieka na świecie”. Trochę spodziewałam się drugiej, obok „Głodnego dziecka”, edukacyjnej sztuki dla młodzieży (bo książka okazała się właśnie bestsellerem wśród tej grupy czytelników, hitem Empików i Książką Roku 2015 serwisu lubimyczytac.pl). Tymczasem reżyserka spektaklu Anna Smolar wystudiowała z niej podobno całkiem niezły i kameralny „esej teatralny”. Nie wiem, nie widziałam, ale w kwestii teatru bezkrytycznie ufam Urbaniakowi, a skoro on pisze, że się udało, to mu wierzę. A pisze tak:

Anna Smolar eksplorując tak lubiany przez siebie temat mechanizmów społecznych, jakie działają na człowieka, rozkminia razem z widzami nie tyle nawet ścieżkę od jednej lampki wina przy kolacji do trzech butelek wina przed snem (choć to też jest), ale sprawdza, jak zachowują się wobec osoby pijącej nałogowo ci, którzy problemu nie mają albo tak przynajmniej myślą. Wiele jest interesujących wątków tym w kameralnym spektaklu. Spektaklu, który – warto to podkreślić – napisano na temat i (co dzisiaj jest zjawiskiem coraz rzadszym) komunikatywnie, bo wcale nie trzeba bełkotać ze sceny pseudointelektualnych kocopałów, żeby powiedzieć coś ważnego.

Mamy więc pierwszą kropkę: #Halber, od której zaskakująco blisko do kolejnej: #Fiedorczuk-Cieślak. I to z kilku powodów. Nazwiskiem Halber podpisany jest blurb na okładce książki Fiedorczuk a zdjęcie Anny Smolar widnieje zaraz nad zdjęciem Fiedorczuk na stronie laureatów Paszportu „Polityki” 2016. Rysujemy więc dwie kreski. Trzecia stanowi tabu.

 

Natalia Fiedorczuk, „Jak pokochać centra handlowe” Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016

Natalia Fiedorczuk Jak pokochać centra handloweAlkoholizm kobiet to w Polsce tabu. Tabu jest też kryzys, który czasem pojawia się razem z doświadczeniem macierzyństwa – depresja poporodowa. Halber i Fiedorczuk napisały dzienniki 30-latek z dużego miasta, pełnych ambicji i jednocześnie zniewolonych opresyjnymi, uwarunkowanymi kulturowo wymaganiami, którym – ostatecznie lądując na terapiach – próbują sprostać.

O „Centrach handlowych” z grubsza można by napisać to samo, co o „Najgorszym…” – jest to z pewnością dla wielu Polek / Matek / Żon etc. książka ważna i potrzebna, zdejmująca z ramion ciężar bycia Perfekcyjną Panią Domu, ale literacko przezroczysta. Od notatnika Halber językowo i kompozycyjnie z pewnością lepsza. Ale jako że w międzyczasie doczekała się wspomnianego Paszportu, większość krytyków potraktowała ją z większą niż przeciętna zjadliwością, przypominając sobie przy tym o innej pisarce o tym samym nazwisku, której to nagrody ponoć należałyby się bardziej (rodzi się nowa tradycja). Szkoda, że Julia Fiedorczuk płynie razem z pomyjami wylewanymi na Natalię.

„Jak pokochać centra handlowe” (nazywane, nie wiem, czy słusznie, powieścią) zbierają (kolokwialnie rzecz ujmując) do kupy to, o czym w tzw. literaturze kobiecej (i nie tylko) trąbi się od co najmniej dekady (a w tzw. sztuce krytycznej to już ho ho, co najmniej dwa razy dłużej?). Podczas lektury Fiedorczuk, równie łapczywej i bezwiednej, co lektura Halber, między tramwajem a fryzjerem i z powrotem, miałam nieodparte wrażenie (i nie jestem w tym chyba odosobniona), że to-wszystko-już-było. Na niezręczności i brak akceptacji własnego ciała zwracała uwagę ponad dziesięć lat temu Agnieszka Drotkiewicz w powieści „Dla mnie to samo” a ostatnio (głośno) o to ciało upomniała się Dominika Dymińska (i nawet nie próbuję wymieniać wszystkiego, co zostało na ten temat napisane pomiędzy). Nadwornym krytykiem brzydkiej zabudowy polskich miast i przedmieść jest Filip Springer. Konsumpcjonizm… Mój Boże, kto nie pisał o konsumpcjonizmie, centrach handlowych, sojowym latte i śmieciówkach? A o tym wszystkim tak czy owak na pewno milion razy i przed wszystkimi rapowała Masłowska ;)

Ale podoba mi się zamysł tej książki, chwyt polegający na tym, by – jak opowiadała sama Fiedorczuk, jeszcze przed Paszportem, w rozmowie z Nogasiem – galerię handlową uczynić symbolem międzyludzkich relacji. Relacji, które nie wymagają prawdziwego uczestnictwa, zaangażowania. Relacji, które są trochę jak podsłuchiwanie „rozmów” na Facebooku. „Żeby istnieć, trzeba napierdalać statusy” – pokrzykuje głosem niejakego Feja w wydanym właśnie „#Upale” Michał Olszewski. Należy jednak podkreślić, że ten zamysł pozwala autorce przeprowadzić czytelnika przez karty książki bez łatwej krytyki i nadęcia, jakiej można by się było spodziewać (zakładam, że np. u Olszewskiego nie jest już tak chłodno). Bo każdy styl życia jest produktem marketingowym. Bez względu na to, czy jemy, wychowujemy i kochamy się fast czy slow.

Fiedorczuk wszystkim proponuje trochę zluzować. I tym, co rozkładają parawan w Darłówku za 500+ i tym, którzy jeżdżą z dziećmi na OFF Festival. „Jak pokochać centra handlowe” to uniwersalna opowieść o kryzysie i doświadczeniu przemiany. O szeroko rozumianej transformacji – publicznej i prywatnej. O takim momencie w życiu, gdy patrzymy na świat bez filtrów miękko postarzających kadr.

 

Agneta Pleijel, „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Agneta Pleijel Wróżba. Wspomnienia dziewczynkiA o tym, że matki z depresją borykały się zawsze, a nie tylko w ostatnim dziesięcioleciu, przypomina szwedzka pisarka Agneta Pleijel. Moja kolejna kropka. Oddalona nieco bardziej od dwóch wcześniejszych. Z pozoru stanowiąca odrębną wysepkę. Małą i dumną, wypiętrzającą się ponad inne. Inna półka, inna liga.

Ale pozwolę sobie nonszalancko tę linię jednak pociągnąć: mamy bowiem u Pleijel (między innymi) portret kobiety w depresji, która z powodu narodzin dwójki dzieci i konieczności zajęcia się domem nie mogła rozwinąć zawodowych (muzycznych!) ambicji, ostatecznie tracąc także uczucie męża (który przez wiele lat zdradza ją z przyjaciółką domu) i szacunek dzieci. W międzyczasie ląduje na terapii, gdzie poddaje się ją nie przyjemnej, wyszczuplającej (jak u Fiedorczuk) farmakoterapii a elektrowstrząsom.

„Wróżba”, mimo wszystko, nie została ze mną na dłużej. A na pewno nie dłużej niż dwie poprzednie książki, mimo całego rozmachu i oczekiwań, z jakimi otwierałam okładkę pięknie (jak zawsze w Karakterze) wydanego egzemplarza. Podczas lektury czułam bowiem to narracyjne niezdecydowanie autorki, o którym wspomina czasem w wywiadach. Niekonsekwencję, która otwiera opowieść świetlistą fascynacją ciotką Ricky, a która to fascynacja (i ciotka) w trakcie opowieści znikają, ustępując miejsca wspomnieniom tytułowej dziewczynki. Wnikliwa jak w dziennikach Susan Sontag analiza młodzieńczych romansów ni stąd ni zowąd doprowadza do krótkiego, banalnego finału, który wstrząsnął mną jak zamknięta tuż przed nosem dworcowa kasa biletowa. Przepraszam, ale… Jak to?! O nakręconych w ten sposób filmach zwykle się mówi, że widać, jak kończył im się budżet.

 

Grzegorz Franczak, „Kobierki, czyli epopeja etyliczna w dwudziestu i jednym kawałku” Wydawnictwo Lokator, Kraków 2014

Grzegorz Franczak KobierkiO! I tu będzie taka genderowa niespodzianka! Facet. Nasączony dobrze w spirytusie rodzynek. Zgarnia całą pulę i kończy rysunek. W równie konfesyjnych jak pozostałe pozycje „Kobierkach” jest i alkohol, i depresja (bezdzietna, po odejściu ukochanej Ri), i rodzina z problemami, i terapia. Do tego nieprzeciętne zainteresowania bohatera a nawet wyjątkowo dobra, raperska niemalże, fraza. Gęsta, rytmiczna, niepokojąca. Skojarzenie z mocnym raperskim brzmieniem pozwala narysować bonusową linię (a nawet pięciolinię) między Franczakiem, Fiedorczuk i Halber.

Słowa w „Kobierkach”, poddawane nieskończonym doświadczeniom, nietuzinkowym łączeniom i mocnym naciskom, dosłownie wybuchają w oczach (lub ustach, jeśli czytać na głos – a warto!). Znać po tej intensywności, że autor to filolog, poeta i tłumacz. Badacz tekstów klasycznych. Jego historia idzie prosto z trzewi i dla tej niepodrabialnej, choć może momentami nieznośnej frazy, warto po książkę Franczaka sięgnąć.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz