Książki

Gerda słuchałaby Ramsztajna

18 lipca 2017
salcia hałas eliza kącka

Salcia Hałas i Eliza Kącka zadebiutowały „wyborem niebycia masywną narracją”. Jeśli w konglomeracie literatury istnieje stary zakład produkcyjny, który systematycznie wypuszcza z taśmy dorodne, pełnokrwiste fabuły, to „Pieczeń dla Amfy” i „Elizje” wyrosły gdzieś na jego zapleczu, pod płotem, blisko miejsca, którym płyną ścieki. Na tyłach szkoły opowieści. W bajce.

Hałas i Kącka napisały krótkie, pozornie lekkie historie odwołujące się do konwencji bajki, zarówno tej tradycyjnej (Kącka), jak i terapeutycznej (Hałas) – trawestacje opowiastek o księżniczkach. Książki łączy świadomy, kontestacyjny gest odwrotu od „pięknego” (czytaj: beletrystycznego, pełnokrwistego, wiernego zasadzie decorum) opowiadania, który pozwala „zapuścić się w rewiry mowy żywej, bezkształtnej i bezgatunkowej”, jak pisze Kącka. W życie – chciałoby się spuentować.

Ciekawe, jak odmienne w skutkach mogą być konsekwencje rozpuszczania struktur fabularnych w obrębie zabawy z tym samym, wymagającym i dość jednak zużytym, gatunkiem.

 

W chuj niemożliwie rzadki stan świata

Śladem baśni Barthelmego, dostajemy od Hałas i Kąckiej narracje ulotne, kruche i pełne epizodów.

„Pieczeń dla Amfy” to historie przyjaciółek z gdańskiego falowca – Mańki (kwiaciarki specjalizującej się w wyplataniu pogrzebowych wieńców) i Elwirki (ekspedientki z Żabki), którym towarzyszy dość enigmatyczna dziewczynka zombi oraz kolegium blokowych oryginałów. W tle tego hiperrealistycznego slajdowiska z Polski B, C, D i E, na którym „celebryci psychologiczni” mieszają się z osobnikami ze „stomatologicznym holokaustem” poamfetaminowym jak szarlotka z rozbitym szkłem, toczy się jeszcze opowieść alternatywna, paranormalna.

Ale jednak, żeby coś z tej wieży zostało, chociaż trochę i metaforycznie, bo w końcu chcemy, żeby ta nasza z książki była tak trochę księżniczka, to ustalamy, że musi mieszkać wysoko. Podniebnie. Na trzynastym piętrze.
Bo po pierwsze, żeby pokazać dziewczynce zombi, że są mądre i dzielne księżniczki na tym świecie, a nie tylko głupie, a pod drugie, żeby same się nauczyć też przy okazji.

Całość podlana jest godną Michała Cichego, niespieszną obserwacją błota, światła i życia osiedlowych zwierząt.

I nastał cyklamen na cykladach, a turkus nad falowcem.
Obłoczki bialutkie i lekkie, co najwyżej przemykały na krawędziach horyzontu. Falowiec jak krokodyl na bagnach Luizjany, brzuchem w błocie, łbem w błękicie. Nagrzany. Zadowolony.
(…)
Białe kwiatki na ciernisto-czarnych gałęziach na tle granatowego nieba z pomarańczowym księżycem. Japońszczyzna w czystej postaci.
(…)
Ciemnawo się robi i cicho z wyjątkiem ptaszków, które nie śpiewają, tylko się jak jakieś pojebane drą.


Większość opowieści Kąckiej rozpoczyna się semantycznym crash testem frazeologizmów, idiomów i kolokacji. Granice języka pokrywają tu granice świata. W obrębie tych granic żywienie nadziei jest zajęciem fizycznym a troska o to, by dobrze wypaść grozi ześlizgnięciem z balkonu

 

U Kąckiej księżniczki nie zamieszkują wieżowców a słownik. Napędem „Elizji” jest bowiem próba fabularnego wyzyskania wieloznaczności. Kącka próbuje wskrzeszać znaczenia słów i symboli posługując się zużytymi narzędziami wyszperanymi w literackiej rekwizytorni (druga strona lustra, wąż, który połknął słonia, łabędzie z baśni Andersena). Większość jej opowieści rozpoczyna się semantycznym crash testem frazeologizmów, idiomów i kolokacji. Granice języka pokrywają tu granice świata, jak zauważa jedna z postaci. W obrębie tych granic żywienie nadziei jest zajęciem fizycznym a troska o to, by dobrze wypaść grozi ześlizgnięciem z balkonu.

Pieczeń dla Amfy, Salcia HałasEliza Kącka Elizje

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Smutne królewny Kąckiej, którym to wszystko się przydarza, obdarzone samoświadomością autotematyczną, podobną tej, którą prezentowali bohaterowie bajek Hanny Krall („Co się stało z naszą bajką”) czy Sławomira Shuty („Kopciuszek idzie na wojnę”), najczęściej odmawiają odgrywania przypisanych im ról. Dosłownie: wypadają z formy. Zapytacie: dokąd? I czy z hukiem?

 

Jak Hemingłej tylko na odwrót

Niestety, reinterpretacyjne crash testy zamiast zaskakiwać, z fragmentu na fragment stają się coraz bardziej przewidywalne. W końcu rzeczywiście, jak w ostatnich bajkach pisze Kącka, brakuje im siły i puenty. Dzieje się tak chyba dlatego, że – mimo jawnych deklaracji – nie udaje się autorce uchylić żadnej furtki ratującej przed zatrzaśnięciem w powadze. Tekst Kąckiej, wbrew pozorom i w ramach swojej autoironicznej konwencji, jest bardzo szczelny, stereotypowy. Zamiast pękać ze śmiechu, jak chce Grzegorz Jankowicz, zanurzamy dłonie w „podglebnym pulsie sekretnych soków”, czując „ciążenie ciała ku podziemnym elementom”. Nad królestwem „Elizji” wisi czarne słońce melancholii. Problem w jednak w tym, że jest ono wycięte z papieru.

Na tym tle Salcia Hałas zapewnia czytelnikom swoisty efekt Narnii.

– A długie to będzie? – pyta Zeniu.
– No nie wiem, bo skracam.
Jak Hemingłej tylko na odwrót.
Wyrzucam czasowniki.
Bo wręcz przeciwnie do Hemingłeja uważam, że życie polega na przymiotnikach.
– To z całą pewnością by cię, Mańka, nie przyjęli do policji – mówi Zeniu.
Bo na teście do policji trzeba opisać jabłko.
I przymiotników nadmiar oznacza skłonności psychotyczne.

Nadmiar przymiotników, „całe mnóstwo pięknych słów”, na dodatek zorganizowanych w zapisie na wzór wiersza, odsyła „Pieczeń” nie tylko do baśni, ale również litanii.

Jest coś, co dziewczynkę pociąga.
Litanie. Takie długie modlitwy do Matki Boskiej z określeniami.
Różo Przeczysta.
Wieżo z Kości Słoniowej.
Domie Złoty.
Słowa. Mnóstwo pięknych, nowych, dziwnie brzmiących słów.

Hałas, wyzyskując ten gatunek, rozsadza jednocześnie sacrum (bohaterki modlą się do Matki Boskiej Zaciekowskiej, która objawiła się na gdańskim falowcu w postaci grzyba) i znosi zasadę decorum, totalnie mieszając porządki i rejestry języka:

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna.
Wszawica ostatnio panuje, to płyn w aptece kupiłam, żeby mieć już.
Strzeżonego Pan Bóg, giczki cielęce w sosie zrobię i ziemniaki tłuczone do tego.
Pan z Tobą i z duchem Twoim, błogosławionaś ty między niewiastami.

 

Czerwony kapturek w gotyk stajlu

Trzeba jednak podkreślić, że ten zapis nie jest krytyczny, przeciwnie – świat w „Pieczeni” uzyskuje odpust całkowity. Hałas, „dziecko komunizmu”, nie tylko akceptuje, ale utrwala i uwzniośla „nieekologiczne przyjemności, od których biorą się hałdy śmieci”. Świat tam po prostu świeci i „sam Majkel Dżekson nie wymyśliłby tego lepiej i bardziej błyszcząco”.

W tym sensie „Pieczeń” przypomina trochę słynne tableaux pieges, stoły-pułapki Daniela Spoerriego albo jego cykl „To zostaje!” – resztki po człowieku. Hałas zbiera wszystkie odpadki oraz „lśnienia, olśnienia i migoty” a następnie skleja ze sobą i wiesza tak, by groziło końcem świata. Tym, w którym umarł Brus Łilis. Bo „Amfa” to kolaż, patchwork, w którym małe zderza się z ostateczntym, Gerda słucha „Keine lust” Ramsteina, sąsiad stawiający Biedronki handluje fetą i ziołem, by opłacić ZUS („żeby nic na czarno nie było”) a czas ginie jak skarpetki.

– Jechałam dzisiaj do pracy Jagiellońską. I na asfalcie cała opowieść. Rozjechany kot, a obok truchło mewy.
– Krótkie, nie? Jak myślisz, kto pierwszy?
– Kot. Najprawdopodobniej. Mewa się skusiła na fastfud. Na inną kolejność za duży ruch.
– Moralitet na czas kryzysu.
– No. Kolejne ostrzeżenie po upadku Lejman braders.

Poza tym, że zderzenie mewy z kotem działa bardziej otrzeźwiająco niż „mistyka regaliów” i „nerwica rozproszeń”, to baśniowy schemat odniesiony do rzeczywistości zachowuje swoje uzdrawiające działanie. Bo Hałas wyzyskuje ze swoich blokowych baśni to, co nie udało się Kąckiej a co leży w naturze opowieści – porządkuje świat i uczucia. „Od tego opowiadania świat przestaje być po prostu światem. Staje się miejscem pełnym znaczeń.”


„Pieczeń dla Amfy” przypomina słynne stoły-pułapki Daniela Spoerriego, resztki po człowieku. Hałas bierze wszystkie śmieci, „lśnienia, olśnienia i migoty” a następnie skleja ze sobą i wiesza tak, by groziło końcem świata. Tym, w którym umarł Brus Łilis

 

U Kąckiej „miejsca pełne znaczeń” są skompromitowane. U Hałas bajka jest terapeutyczna i na poziomie fabuły, i na poziomie konstrukcji – ocala świat Marii Mani i Elwirki. To opowiadane historie utrzymują trwałość związków. Ratują przed alkoholowym głodem, smutkiem i stuletnią zimą. Jakucka prababka, duch opowieści, który towarzyszy gdańszczankom, odsyła do Pinkoli Estés, dla której lekarstwem przywracającym „każdy utracony psychiczny popęd, instynkt, energię” są baśnie. Hałas wierzy w to, że dzięki dobrym historiom rzeczy ulegają „samonaprawieniu”. Jej Bóg Małych Rzeczy jeszcze się nie zmęczył.

Proza postmodernistyczna konsekwentnie wytyka, że „wszystko zostało już powiedziane”, że „nie jest możliwe stworzenie czegoś zupełnie nowego”. Jedyne, co pozostaje, to „trwanie w bibliotece motywów”, gra nimi. Po tej stronie mocy leżą „Elizje”. A Hałas daje obietnicę czegoś więcej, nawet jeśli naiwną, to ja ją kupuję, na kilogramy, łykam to hygge, w którym Mania

Nie wymyśliła końca świata.
Ani końca opowieści.
Zjadła kanapkę.
Umyła buzię i przykryła się kocem.

Koniec.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz