Książki, Sztuki wizualne

Karl Ove Knausgård, działania z rodziną i estetyka rutyny #2

26 lutego 2016
dolna-4-51

Miało być o czymś innym. Miało być raz jeszcze o „Odbiciach” Wojciecha Nowickiego i fotografiach Jerzego Lewczyńskiego. I w ogóle miało być o Lewczyńskim, z powodu retrospektywnej wystawy jego prac, którą widziałam pod koniec zeszłego roku w Sopocie. Ale jak tylko zabrałam się za Lewczyńskiego, to nagle wyskoczyła Grzeszykowska. Z eseju obok wyskoczyła, bo w „Odbiciach” i o Jerzym Lewczyńskim, i o Anecie Grzeszykowskiej można przeczytać. A skoro o Grzeszykowskiej, to oczywiście o Knausgardzie, bo od kilku tygodni czytam, z przerwami na inne książki, drugi tom „Mojej walki”…

Podczas gdy pierwsza część powieści Norwega koncentrowała się wokół dzieciństwa, dorastania i relacji z ojcem, druga jest świadectwem wchodzenia w dorosłość. To sprawozdanie z dynamiki związków z kolejnymi partnerkami Knausgarda oraz, przede wszystkim, zapis codziennych zmagań z domową rutyną i wychowaniem trójki dzieci.

Dowiadujemy się więc, jak przebiegały pierwsze spotkania Karla Ovego z Lindą, czym powodowane było jego nagłe nią zauroczenie oraz do czego doprowadziło głębokie rozczarowanie z powodu braku wzajemności z jej strony. Dostajemy, niczym na koleżeńskich plotach, szczegółowe relacje ze wszystkich, często nieudanych, spotkań pary i wreszcie – kibicujemy (lub nie) ich wspólnemu życiu oraz decyzji o założeniu rodziny. Przeżywamy z nimi ciążę (skomplikowaną dodatkowo wahaniami nastrojów wynikającymi z zaburzeń osobowości Lindy), poród, narodziny dziecka i jego pierwsze dni w domu. Towarzyszymy podczas bezsennych nocy, karmienia, spacerów z wózkiem do Muzeum Sztuki Nowoczesnej i na lekcje rytmiki, zakupy, wycieczki i imprezy urodzinowe – wszystko to stanowi tworzywo tej części powieści i jej fabułę.

Knausgård dokumentuje swoją przestrzeń życiową w sposób tak dokładny, że wiemy, skąd pochodzą stojące przed drzwiami jego mieszkania na klatce schodowej stare doniczki. Dowiadujemy się, co i w jakiej kolejności pisarz gotuje na obiad, a nawet ile zapłacił za składniki (i dlaczego tak dużo) oraz kto stał za nim w kolejce, gdy robił zakupy. Nie umyka jego uwadze żaden silniejszy podmuch wiatru utrudniający zapalenie papierosa na balkonie czy intensywny zapach buchający z otwartych nagle drzwi restauracji, obok której przechodzi. Zarówno wnętrze jego mieszkania, jak i najbliższa okolica są nam, w trakcie lektury, doskonale znane – Knausgård dostarcza dokładny ich rozkład i mapę.

Robi dokładnie to samo, myślę sobie teraz, co kilkadziesiąt lat temu KwieKulik, fotografując i opisując, w ramach projektu „Koło KwieKulik”, swoje sąsiedztwo.

Zanim jednak praca fotograficzno-tekstowa, składająca się ze zdjęć najbliższego otoczenia mieszkania na warszawskiej Pradze ujrzała światło dziennie, albo mniej więcej w tym samym czasie, Zofia Kulik i Przemysław Kwiek dokumentowali już swoje „Działania z Dobromierzem”. W październiku 1972 roku urodził się bowiem syn artystów, Maksymilian Dobromierz. I już półtora miesiąca później, jak opisuje Tomasz Załuski we wprowadzeniu do jednej z ich wystaw w łódzkim Atlasie Sztuki, KwieKulik rozpoczęli blisko dwuletni projekt, w ramach którego w zarówno w mieszkaniu, jak i podczas spacerów po najbliższej okolicy umieszczali i dokumentowali swojego syna w różnych „sytuacjach materiałowo-przestrzennych”. Budując te sytuacje, artyści „zestawiali” swoje dziecko z przedmiotami codziennego użytku – garnkami, książkami, owocami. Tak powstał słynny cykl.

Trwająca właśnie w galerii Raster wystawa „Działania z rodziną” przypomina nie tylko tamte akcje z Dobromierzem (dziś wykładowcą mikroekonomii w Southampton), ale również prace Anety Grzeszykowskiej. Podobnie jak KwieKulik, Grzeszykowska i Jan Smaga, życiowy partner artystki, także przeszli etap „mapowania” swojej prywatności – dokumentowali siebie, codzienne zajęcia i przestrzeń życiową w kilku projektach od „Dolnej 4/51” począwszy (tytułowe zdjęcie tego wpisu to jedna z czarno-białych fotografii z Dolnej, która weszła później w skład projektu – do obejrzenia w wersji wideo na stronie warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej).

„Traktuję siebie jako główną materię swojej pracy. Ale wykorzystuję też najbliższe otoczenie – Jaśka, córkę Franciszkę, nasze mieszkanie. Myślę o tym w bardzo praktycznych kategoriach: łatwości dostępu do materiału źródłowego. Nic więcej mi nie trzeba, by opowiadać o tym, o czym chcę. Wystarczą kolejne ciała, które pojawiają się wokół mnie. Mogą być tłem, kontrastem, uzupełnieniem” – Aneta Grzeszykowska w rozmowie z Piotrem Sarzyńskim, polityka.pl

Na wystawie znajdziemy jednak nie „Dolną 4/51”, ale „Franciszkę” i „Iranian Film Stills” Anety Grzeszykowskiej. Raster przypomina również kontrowersyjny niegdyś film Zbigniewa Libery „Obrzędy intymne” oraz nowsze nieco prace Wilhelma Sasnala, przedstawiające jego żonę i syna (m.in. w komiksie „Życie codzienne w latach 1999-2001”), czy Bartka Materki, który znany jest z portretowania swoich dzieci.

 

Działania z rodziną, czytamy w opisie wystawy, to „rodzaj realizmu radykalnego; sztuka w pierwszej osobie, obciążona nie tylko ryzykiem artystycznym, ale też osobistym. Stawką jest tu bowiem nie tylko życie artysty lecz również jego najbliższych. Rodzina to dla wielu artystów rodzaj podstawowego, najłatwiej dostępnego tworzywa, ale posłużenie się nim oznacza zarazem obnażenie własnej prywatności i drastyczne skrócenie dystansu między twórcą a jego publicznością. To również metoda polemiki z samą sztuką, z artystycznością rozumianą jako proces abs­trahowania i estetyzacji rzeczywistości.”

Ta wystawa, obok lektury Knausgarda oczywiście, odnawia dla mnie dyskurs poświęcony estetyce rutyny, zapoczątkowany chyba przez Johna Deweya w jego pochodzącej z 1934 roku książce „Sztuka jako doświadczenie”. Dewey już ponad 80 lat temu domagał się „przywrócenia ciągłości między wysubtelnionymi i zintensyfikowanymi formami doświadczenia, jakimi są dzieła sztuki, a codziennymi wydarzeniami, poczynaniami, cierpieniami, które powszechnie uznaje się za treść doświadczenia”.

 

Myśl Deweya otworzyła szeroki horyzont całej nowoczesnej teorii antropologii i estetyki codzienności, która bada nie tylko rytm naszych rutynowych działań, ale i sposób, w jaki odbija się on na naszych ciałach. Ciekawe wydaje mi się w tym kontekście spojrzenie na cykl, opisywanych również przez Nowickiego w „Odbiciach”, negatywów z serii  „Negative Book” Grzeszykowskiej. Artystka, na użytek projektu, by uzyskać efekt odcięcia od otoczenia, pomalowała ciało czarną farbą, dzięki czemu na negatywach zdjęć widzimy rysy jej twarzy, grymasy, możemy dostrzec, a przynajmniej domyślić się, jej nastroju (przygotowania do tego projektu można obejrzeć na filmie „Negative process” udostępnionym przez MSN).

– Staję po stronie negatywu – mówiła o projekcie Grzeszykowska w „Newsweeku” – To trochę tak, jakbym znajdowała się pomiędzy życiem a śmiercią. Z jednej strony, jestem osadzona w tym moim życiu, w codzienności. A równocześnie obracam rzeczywistość w negatyw. Będąc sobą, tylko siebie gram.

Ta dwuznaczność podkreśla dla mnie asynchronię, dysonans, jaki rodzi się podczas wykonywania rutynowych czynności, gdy towarzyszy im roztargnienie i nieuwaga. Piorę, zmywam i gotuję, pisał Ben Highmore, jeden z badaczy codzienności, a równocześnie marzę, wspominam, martwię się, stresuję i złoszczę. To połączenie „stanów umysłu” i „stanów działania” sugeruje, że potrzebujemy takiej formy rejestrowania codziennego życia, która byłaby w stanie oswoić problem równoczesności przeciwieństw; ta potrzeba jest zaś estetyczna. O tej potrzebie, co ciekawe, pisała również Virginia Woolf, komentując swoją twórczość.

Stres, frustracja i pamięć wybijają wyrwy w gładkiej powierzchni teraźniejszego, zarówno w prozie Knausgarda, jak i w negatywach Grzeszykowskiej; robią to przez uparte przywoływanie historii – historii ciała – i zakłócanie fałszywej ciągłości teraźniejszego właśnie.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz