Książki

Gęba pełna miasta. Katarzyna Twardowska o „Berlinie” Jakoba Heina

11 kwietnia 2017
Jakob Hein Berlin Hipsterska stolica Europy

Mniej więcej rok temu WUJ wydało „Berlin” Jakoba Heina. Autor oprowadza po stolicy Niemiec poprzez zmysły, co teoretycznie czyni jego „przewodnik” unikalnym i niepodważalnym. Przybliżając czytelnikom porządek i kierunek kolejnych linii metra, kojarzy je z odpowiadającymi im zapachami. U1 to kmin rzymski, którego woń płynie do wagonów z położonych przy trasie tureckich sklepików. U2 to ketchup, którym polewa się zakupione przez turystów hamburgery, kiełbaski i frytki. U3 to zioła prowansalskie, U7 – tymianek z nutą pieprzu cayenne. Pysznie, co? Tyle że to historia równie piękna, co nieprawdziwa.

O książce Heina, Berlinie i jego zapachach, smakach oraz niewyparzonych gębach opowiada Katarzyna Twardowska.

 

Ja: Czytając „Berlin” zastanawiałam się dla kogo jest ta książka. Jak odnalazłaś się w tym, co pisze Hein? Podzielasz jego doświadczenie Berlina? Czułaś, że to lektura dla Ciebie?

Katarzyna Twardowska: Czytając tę książkę czułam się nieco nie na miejscu. Mniej więcej co dwie, trzy strony myślałam sobie: „nieee, przecież to wcale nie jest tak”. Powstrzymując się od kreślenia po Twojej książce, zapisałam dziesiątki kartek, które powtykałam do środka, pomiędzy strony. Zastanawiałam się również nad tym, dla kogo właściwie Hein ją napisał. Na pewno nie jest to książka dla osób, które Berlin znają, ponieważ niesamowicie gra na stereotypach, które dość łatwo rozbroić, o ile tylko dostatecznie zna się miasto. Moim zdaniem ten stereotyp to takie założenie Heina, idea „komizmu” tej książki. Wiesz, to trochę tak, jakbyś napisała z udziałem Makłowicza przewodnik po Krakowie – kościółkowym, zaściankowym, który pachnie kurzem starych serwet i wcina c.k. knedle. To jest ten typ literatury… To może być ciekawa lektura dla kogoś, kto Berlina w ogóle nie zna, a lubi sobie posłuchać gawędziarza przy kominku… Dla bardziej krytycznego czytelnika – nie do końca. To nie jest przewodnik, mimo że tak sugeruje chyba polski tytuł…

Berlin – hipserska stolica kultury.

Tak, to „hipsterstwo”…

…którego nie ma. W niemieckim tytule zresztą też.

W niemieckim wydawnictwie ta książka wyszła w serii składającej się z kilkunastu pozycji o państwach i miastach świata, takich żartobliwych przewodników. W Polsce jak na razie jest tylko „Berlin”… Już samo hasło „hipsterska” ustawia tę książkę na straconej pozycji, bo jeżeli mówimy, że coś jest hipsterskie, to przecież hipsterskie nie jest.

A co najbardziej mnie w tej książce irytowało? Hein bardzo często mówi: „u nas to jest tak” albo „ja wam powiem, jak jest naprawdę”, ale nie nigdy nie doprowadza wątku do końca. To jest niesamowicie drażniące, ponieważ wielokrotnie dochodzi do punktu, w którym właściwie już za moment zdradzi Ci tajemnicę tego miasta i… jednak jej nie zdradza. Nigdy. Urywa w najciekawszych momentach, nie dając mi nawet możliwości, by się z nim pokłócić.

Z drugiej strony myślę sobie, że nie jestem uprawniona, by spierać się z człowiekiem, który w Berlinie mieszka od dziecka, jest Niemcem, od lat pisze o tym mieście. Ta książka może być czytana jako jego prywatne spojrzenie na rodzinne miasto. Ja mam inne, równie osobiste, choć pewnie mniej kompetentne.

Ja sobie z kolei pomyślałam, że to nie jest też książka dla osób, które nigdy nie były w Berlinie. Ani dla osób, które – tak jak ja – były tam raz czy dwa. Daje za mało instrukcji.

To jest takie zaproszenie do Berlina…

Zaproszenie do prywatnego poznawania Berlina, którego i tak, człowieku, nie poznasz.

Właśnie tak. Jest taka książka polskiej autorki, Doroty Danielewicz, na okładce której jest Reichstag opakowany przez Christo i Jeanne-Claude – i to jest dokładnie to samo. Danielewicz też napisała przewodnik po mieście, po swoim mieście. Przyjechała do Berlina w latach 80., a w książce, wydanej w 2013, opisuje wybrane miejsca i wspomnienia, które się z tymi miejscami wiążą. Sporo historii osobistych, sporo pierwszych miłości, za to niewiele odniesień do samego Berlina, mnóstwo uogólnień i nadspodziewanie wiele (jak na osobę, która spędziła w tym mieście 30 lat) faktograficznych nieścisłości. Nie podnosiłabym w ogóle tej kwestii, gdyby nie tytuł: „Berlin. Przewodnik po duszy miasta”. Ani Berlin, ani przewodnik, nie znalazłam też „duszy miasta”. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest sama w sobie niewarta lektury. Po prostu tytuł zupełnie nie odpowiada temu, co znajdziemy w środku. Podobnie, choć w nieco mniejszym stopniu, wygląda to u Heina.

A wiesz coś o Heinie?

Sprawdziłam – jest pisarzem, dziennikarzem. Ale usłyszałam o nim pierwszy raz przy okazji tej książki i w związku z tym nieco mnie irytował ten jej mocno osobisty rys.

Irytuje Cię osobisty dokumentalizm, ale masz też swoje wrażenia związane z Berlinem. Swoje zapachy Berlina. To są te same zapachy, które opisuje Hein?

Nie chciałabym mówić, że irytuje mnie osobisty dokumentalizm – irytacja wynika po prostu z tego, że nie znam Heina jako autora niczego poza tą jedną książką. Prawdopodobnie zresztą jak większość polskich czytelników, bo to jest jedyna jego książka wydana w Polsce. Gdyby autorem był ktoś, kogo czytam i cenię – bardzo chętnie zerknęłabym do książki o jego Berlinie. W momencie, gdy jest to człowiek (dla mnie) anonimowy, który chce mi powiedzieć „ja wiem lepiej, znam się” albo „tu jest zupełnie inaczej, ale nie powiem ci jak” – to mnie wkurza i rozczarowuje.

A co do osobistych zapachów w mieście – ja mam dwa, które nie mają nic wspólnego z zapachami wymienionymi przez Heina… Co prawda on wspomina, że berlińskie metro inaczej pachnie…

Każda linia metra według niego ma swój charakterystyczny zapach.

Tak, tam gdzieś kolendra się pojawia…

Hein układa sobie całą mapę zapachów – od kolendry po ketchup.

To jest oczywiście śliczna historia, ale wymyślona. Próba stworzenia zapachowego mitu berlińskiego metra. Zauważ, że to jest kulturowe, oparte na obiegowych opiniach na temat poszczególnych dzielnic, przez które przejeżdża metro, a nie na rzeczywistych doznaniach zmysłowych. Berlin według Heina pachnie currywurst, ketchupem i musztardą w turystycznym centrum miasta, kaszanką na wschodzie (linia U5, z Alexanderplatz na Hönow), natomiast wspomnianą kolendrą w „mieszczańskiej”linii U9, przecinającej Kurfürstendamm, najdroższą ulicę handlową zachodniego Berlina. Czyli znów wchodzimy w obszar stereotypu – ma być zabawnie, jest trochę żenująco. I prawdę mówiąc, nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, co takiego „luksusowego” Hein widzi w kolendrze…

Ale to prawda, że „moje” berlińskie metro ma swój zapach. Zapach rzeczywisty, nie metaforyczny jak u Heina. Pachnie rozgrzaną ziemią, gumą, żwirem, farbą drukarską i kawą, a czasem jedzeniem. Bardzo charakterystyczny, taki lekko przypalony, spalinowy. Wydaje mi się, że żadne inne metro, którym jechałam, tak nie pachniało, a na pewno nie miało swojego unikalnego zapachu, tak jak berlińskie, i tutaj się z Heinem zgadzam. Kiedy wchodzę na peron i czuję ten ciepły wiatr, wiem, że jestem u siebie.

A jeśli chodzi o mój drugi zapach… Kilka lat temu została reaktywowana berlińska firma perfumiarska J.F. Schwarzlose, która odtworzyła słynne perfumy z okresu międzywojennego: 1A-33…

Nazwa to numer jednej z pierwszych rejestracji samochodowych w Berlinie. Ten zapach w jakimś sensie miał oddawać aromat miasta w międzywojennym rozkwicie. Uchwycić moment zachwytu nowoczesnością, szansę skonstruowania świata i siebie na nowo. Neue moderne Frauen, modne „nowoczesne kobiety” po I wojnie światowej, miały pachnieć właśnie 1A-33.

Jaki to zapach?

Bardzo retro. Ciężki, duszny, z nutą różowego pieprzu. Intensywnie berliński.

Hein twierdzi, że Berlin był i jest europejską stolicą kultury, że jest stolicą Europy.

Nie lubię takich kategorii…

A berlińczycy mają poczucie, że są pępkiem Europy?

Kategoria berlińczyka w ogóle jest trudna… Niemcy i Berlin to są dwa osobne światy. Berlin jest mikrokosmosem. Jest niezależnym landem, co pewnie ma wpływ na jego osobność. Myślę, że na to pytanie musiałby Ci jednak odpowiedzieć berlińczyk, ale nawet jego odpowiedź i tak zawsze będzie indywidualna, jednostkowa. W pewnym sensie można powiedzieć, że Berlin jest stolicą Europy Środkowej czy Środkowo-Wschodniej, ale przecież są też narracje, które stawiają w tym miejscu Pragę, Wiedeń albo Warszawę czy Kraków… Traktowałabym to przekonanie Heina o nadrzędności Berlina jako element miejskiego mitu, ochoczo konstruowanego w książce.

Hein uparcie powtarza, że Berlin ma swoją osobną kulturę, swoich celebrytów, ludzi, którzy są znani i czytani tylko tam, lokalnie.

Wśród celebrytów nasuwa mi się Günther Krabbenhöft. To starszy pan, na pewno po siedemdziesiątce, który sławny stał się kilka lat temu, gdy ktoś sfotografował go w ramach poszukiwań miejskiej „mody ulicznej” i opublikował zdjęcie w internecie. Poszło lawinowo. Widuję go teraz często na fotorelacjach z różnych berlińskich imprez. Krabbenhöft ma w sobie coś specyficznie, stereotypowo „berlińskiego”: tę mieszaninę stylu i luzu. Występuje w niemieckiej telewizji, czasem pod hasłem „najstarszy hipster Berlina”. To pasowałoby do książki Heina.

Ale byłabym ostrożna ze stwierdzeniem, że Berlin jako miasto ma swoją odrębną kulturę. To mocno zależy od tego, kto i jakiej kultury szuka.

Co się czyta w Berlinie?

A co się czyta w Krakowie? (śmiech) Najprościej i chyba całkiem po myśli Heina odpowiedziałabym, że w Berlinie czyta się to, co się chce.

Trzeba się wyróżniać, żeby zniknąć w tłumie? (teraz mój śmiech)

Taaak, ten fragment też mnie zirytował…

To pewnie stąd to hipsterstwo w polskim tytule.

Może. Zakładam, że to „hipsterstwo” miało oznaczać „przewodnik, ale zabawny i na luzie”.

A co ze smakami Berlina?

A przypomnisz mi, co Hein napisał?

Twierdzi, że w Berlinie się je kotlety czy klopsiki…

Są dwa słowa-wytrychy w języku niemieckim: klopsik i bułka. One działają trochę jak jagody i borówki w Polsce – są wyznacznikiem tego, skąd jesteś. W Berlinie na klopsik mówi się Boulette, na bułkę Schrippe. Oczywiście taką stereotypowo berlińską potrawą jest currywurst, kiełbasa podawana z sosem curry i bułką, zresztą Hein o niej pisze. Pisze też o kebabach, ale to jest berliński street food, choć nie powiedziałabym, że w XXI wieku wciąż taki „berliński” …

Moim zdaniem nie da się wskazać jednej potrawy, która byłaby typowa dla tego miasta… Jest kuchnia świata, dużo nowości, bogaty street food, no i jeszcze tradycyjna niemiecka kuchnia. Prawdę mówiąc, ta stereotypowa kuchnia berlińska nie różni się zbytnio od standardowej kuchni niemieckiej, którą z kolei dyktuje położenie geograficzne: ziemniaki, groch, dużo mięsa. W potrawach przekłada się to na Kartoffelsalat (sałatkę ziemniaczaną) czy wieprzowinę z kiszoną kapustą. Ze współczesnych nowinek: weganizm. Teraz Berlin jest uważany za wegańskie miasto, ale to przejaw szerszego trendu.

A co powiesz o emocjach berlińczyków? Naprawdę są tak okropnie złośliwi?

Mówi się o czymś takim jak Berliner Plaudereien, berlińskich pogaduszkach, ploteczkach. Poza tym specyficzny berliński dialekt jest rzeczywiście nieco targowy, mocno ekspresywny, zaczepny. Ale bardziej niż „berlińskie” – to jest po prostu miejskie. To przejaw takiego energicznego, podwórkowego życia, które zresztą już trochę się rozmyło, bo Berlin stał się z czasem miastem kosmopolitycznym, wielokrotnie przebudowywanym, doświadczonym przez wojnę a potem długoletni podział…

Ale w dawniejszej historii Berlina, jeśli do niej sięgniemy, w XVIII i jeszcze XIX wieku pisywano prześmiewcze felietony pokazujące, jak się należy odpowiednio „po berlińsku” zachowywać.

Ja nie poznałam dotychczas żadnej z „berlińskich gęb”, o których wspomina Hein. Ale to chyba zależy od tego, gdzie się bywa i czego w Berlinie szuka. Zresztą ta „gęba”, czyli po niemiecku Schnauze, powinna być przetłumaczona raczej jako „dziób” lub „pysk”, w tym sensie, że oznacza raczej specyficzny sposób wypowiadania się, a nie złośliwą pozę. Może idealizuję to miasto albo po prostu mam szczęście. A może tu działa sprzężenie zwrotne – dostajesz od miasta taką energię, z jaką do niego przychodzisz. Mnie się tam mieszka dobrze.

 

Katarzyna Twardowska – historyczka sztuki, kulturoznawczyni, tłumaczka. Kieruje projektem badawczym „Berlin – Paryż – Londyn. Emancypacja kobiet w międzywojennych metropoliach.” Zawodowo i prywatnie związana z Berlinem.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz