Książki

Ktoś się ze mnie wyprowadził. W cieniu „Linii kodu kreskowego” Krisztiny Tóth

5 grudnia 2016

Najpiękniejsze a jednocześnie najbardziej roztropne 10 zdań o prozie Krisztiny Tóth wyszło spod pióra Weroniki Murek.

Ze skrawka strony wrześniowych „Książek” (w sieci tekst dostępny na stronach Wyborczej) możemy się dowiedzieć, że Tóth nie przysiada się do banału, nie korzysta z obtłuczonych rekwizytów. Jest precyzyjna, lakoniczna i oszczędna w słowach – pisze autorka „Uprawy roślin południowych…” – ale szczodra wobec szczegółu; potrafi jednym gestem oporządzić rzeczywistość, postawić świat i stworzyć jego mieszkańców za pomocą zaskakującego porównania czy subtelnej uwagi. Każdemu jego słowo, wszystkiemu jego czas i miejsce.

Każdemu jego słowo i ani słowa o Węgrach Kádára, gulaszowym komunizmie, szkolnych mundurkach w kolorze indygo oraz kodach kreskowych. I bardzo dobrze, bo wszystkie te elementy doświadczenia łączące rzekomo mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej, które w oczach krytyki trwożliwie wzięła pod swoje skrzydełka książka Tóth, są tylko obtłuczonym rekwizytem. Świat „Linii kodu kreskowego” jest tymczasem tak mocny i trwały (epitety Murek), że przypiekanie go w rondelku kadaryzmu, charakterystyczne dla wielu wypowiedzi na temat książki, czyni go niestrawnym. Mdłym jak gulyás bez papryki.

Czytam „Linie kodu kreskowego” zupełnie nie przejmując się tytułem zbioru opowiadań, nie poszukując żadnego w nim objaśnienia do przedstawionych tu „Piętnastu historii”. I odczuwam w tym pewną interpretacyjną ulgę, odpust. To ulga w świecie nadmiaru, pisze Murek, choć dla mnie, poza semantyczną, lektura Tóth niesie ze sobą jakąś ulgę językową, stylistyczną. Powściągliwy styl autorki bliski jest estetyce japońskiej. I w tym wrażeniu poszukuję klucza do książki, bo obcowanie z „Liniami kodu kreskowego” rysuje we mnie nie linię a smugę, smugę cienia.

Wspólnym mianownikiem wszystkich historii są doświadczenia rozczarowania, opuszczenia, obcości i straty. Rodzice są nieobecni albo chłodni, partnerzy tylko na chwilę. Miłość, bez względu na to jak namiętna i intensywna, zostaje odebrana nagle, bez powodu i wyjaśnień. Gdy kobieta kocha jej czas płynie powoli, pozwala łapać owady w locie, wylegiwać do południa, zapisywać życzenia, lepić się do mebli („Lubię tańczyć”, „Baba Jaga Patrzy”, „Zimna podłoga”.) Utrata kochanka sprawia, że podłoga robi się zimna, dom pusty a zegar przyspiesza. Życzenia trzeba rozdać, rozsypać, zgubić.

Miałam cztery lata i kompletnie nie rozumiałam, co to znaczy wyprowadzić się. Ojciec wcisnął mi do ręki nylonowy worek i powiedział, żebym włożyła do niego wszystkie zabawki, które chcę zabrać ze sobą.

„Baba Jaga Patrzy” to dla mnie centralne opowiadanie „Linii kodu kreskowego”. Ktoś się ze mnie wyprowadził, myśli dziewczynka obserwując znikającą w piecu lalkę, która nie zmieściła się do worka. Tę żałobę, toutes proportions gardées, przeżyje ponownie jako dorosła kobieta.

Przychodzi mi na myśl chłodny, matowy, utrzymany w błękicie i mgle obraz Urszuli Antoniak „Nic osobistego”. Jej bohaterka Anne, także wyprowadzona z dotychczasowego życia, wyrusza w podróż, która jednocześnie jest żałobą i narodzinami związku. Jego koniec, niezależny od bohaterki, nastąpi niespodziewanie, nim zdążymy odkryć cały potencjał tej miłosnej historii, rozsmakować się w niej (to przecież film o zmysłach). Relacja gaśnie zanim się właściwie rozogni, bo w świecie Antoniak mieszczańskie porządki małżeństwa, jego sekwencje, zostają zaburzone.

Miłość skończona oddala się w inny świat niczym statek kosmiczny, który przestaje migotać: ukochana osoba tętniła jak zgiełk i oto nagle ‚matowieje’ (nigdy nie znika wtedy, kiedy tego się spodziewamy, i w sposób, jakiego się spodziewamy), pisał Roland Barthes. Zjawisko to wynika z pewnego przymusu w dyskursie miłosnym: nie mogę sam zbudować do końca mojej miłosnej historii; jej poetą (recytatorem) jestem tylko na początku; koniec tej historii, podobnie jak moja śmierć, należy do innych. „Linie kodu kreskowego” są opisem tych momentów, w których życie na moment matowieje. Zapisem smugi cienia.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

1 Komentarz

  • Odpowiedz Patryk 12 stycznia 2017 at 09:28

    Znakomity cytat z Barthes’a. A Murek chyba zyskała godną rywalkę w walce o tytuł autorki najbardziej roztropnych zdań o Tóth.

  • Zostaw komentarz