Książki

Może tym razem jeszcze nie… „Sensu sens”, zapiski z(a) życia

14 listopada 2016
Jaroslav Róna, Postać z czaszką, zamek w Mikulovie

Jedziemy do Brna. W powietrzu wirują białe punkciki, pierwszy w tym roku śnieg. Zimne drobinki bezładnie przecinające przestrzeń. Pojawiają się i znikają niespodziewanie, jakby nie były zjawiskiem atmosferycznym a objawem chorego oka, fotopsją.

Kręcimy się po centrum miasta. Nasz cel to kapucínská hrobka, słynny klasztorny grobowiec, w którym trzysta lat temu chowano zakonników i brneńskie osobistości – przyjaciół zakonu. Unikalny skład ziemi w tym miejscu i zmyślnie zaprojektowany system wentylacyjny sprawiły, że ciała zmarłych ulegały naturalnej mumifikacji. Zachowały się nawet części odzieży. Docieramy na nieduży, stromy plac, Kapucínské náměstí. Zza niskich kamienic wyłaniają się strzeliste wieże słynnej Katedry Piotra i Pawła.

W krypcie dostajemy laminowane kserówki z historią miejsca, po polsku. W pakiecie jest kieszonkowy poradnik Ars Moriendi. Ściany grobowca ozdobiono pięknie malowanymi wiekami starych trumien. Chciałabym TAKĄ, myślę o jednej. Chyba pierwszy raz w życiu.

W przedsionku czeka niespodzianka. Reprodukcje barokowych fresków, które kilka lat temu odkryto w praskiej Lorecie. Symbolicznie uprzedzają to, co dane nam będzie zobaczyć pod koniec spaceru. Dance macabre. Chronos ślepo koszący wszystko, co napotka na swojej drodze. Wskrzeszenie Łazarza. Homo bulla. Tylko czerń i odcienie szarości – zgodnie z założeniami techniki chiaroscuro. Szarość fresków odpowiada ziemistej barwie mumii. Czaszki, skóra, paznokcie, kawałki obuwia, resztki odzieży – wszystko przybrało ten sam odcień. Z jednego z malowideł, umieszczonego ponoć oryginalnie nad wejściem do krypty w Lorecie, Śmierć strzela mi wprost między oczy. Stoimy tak chwilę obok siebie.

Przypadek chce, że w drodze powrotnej z Brna czytam literacki debiut Marka Adamika. Małą, pięknie wydaną książeczkę o zmyślnie aliteracyjnym tytule „Sensu sens”, nominowaną w tym roku do Nagrody Conrada. Próbowaliście kiedyś powtarzać kilkunastokrotnie jakieś słowo aż zorientowaliście się, że zaczyna brzmieć coraz dziwniej, jakby traciło swój dawny sens? Tytuł wystarczy wymówić głośno raz, by poczuć, że zapowiada jakieś rozbicie. Wije się na języku jak wąż, wymykając ukradkiem.

To rozbicie przychodzi szybko, już na pierwszych stronach, wraz z niekorzystną dla bohatera diagnozą. Dzień 0. Szpital, białe fartuchy, pacjenci dotknięci ramieniem Chronosa, którzy stracili pamięć, zdolność kojarzenia faktów, umiejętności. Kopczyk kolorowych tabletek i lęk. Co teraz, co dalej?

Zawał to takie… pęknięcie, napisał Miron Białoszewski w dzienniku, który prowadził w latach 70-tych w warszawskim szpitalu i podczas pobytu w sanatorium w Inowrocławiu.

Złapało mnie to w tunelu. Staję, nie pomaga. Wywlekam się schodami na górę, na Marszałkowską. Jeszcze nie rezygnuję z kupowania czapki w domach towarowych, bo chodzę z gołą głową. Koło rotundy PKO rezygnuję. Właściwie już wiem, że muszę zrezygnować natychmiast z wielu rzeczy. Boli niesamowicie za mostkiem. Słabawo. Pot się leje. Ani kroku nie można zrobić, a muszę. Dużo. Serce tak jakby się obrywało.
– to zawał – myślę, bo sobie przypominam, jak ktoś raz mówił, że to ból w samym środku. (…)
Jest 11 rano. Strach? Pomyślałem, że może tym razem jeszcze nie umrę.

Bohater Adamika doświadcza czegoś poważniejszego niż niedokrwienie serca. Nie poznamy szczegółów diagnozy, ale nie o nią też chodzi. Raczej o to, co niesie ze sobą choroba, która rysownikowi odbiera charakter i pewność kreski, a następnie wzrok i władzę w dłoniach. Krótkie, lapidarne i niezwykle precyzyjne zapiski stawiają nas in medias res sytuacji pęknięcia, w której niespodziewanie znalazł się sam Adamik. Niezwykle blisko mu nie tylko w tym doświadczeniu, ale i formie narracji, do Białoszewskiego.

Środa. Odwiedziny. Wyszliśmy na zewnątrz. Chalmersonowie patrzą niedowierzająco na kroplówkę, którą musiałem wziąć ze sobą. Staram się ze spokojem mówić o diagnozie.
Wiktor Chalmers nagle mówi o swoim przyjacielu, który lata temu również zapadł na tę chorobę. Wyjechał z kraju, gdzieś na oceaniczną wysepkę. Z tego, co się orientuje, to nadal żyje.
Gdzieś na oceaniczną wysepkę.
Gdzieś.
Ocean, ryby, inne powietrze. Nadal żyje.
W głąb korytarza pobiegł mały króliczek. Zdawało mi się, że już zaczynam mieć omamy. Z błędu wyprowadziło mnie wdepnięcie w bobki za rogiem.

 

Choroba oraz proces jej leczenia odbiera kreskę i obraz, ale również słowa. Jednym z powtarzanych w lekarskim gabinecie ćwiczeń jest wymawianie wyrazów na czas: Autoimmunologiczny, Arachnofobia, Australopitek, Antropomorfizm, Akwalung. Przywoływane z otchłani pamięci zakurzone słowa rezonują z rozmywającymi się ilustracjami potworów i kolażami. Rysunki lepiej oddają stan pacjenta niż zwyczajowy wykres zbudowany z punktów oznaczanej codziennie temperatury ciała.

W pewnym momencie historii chory Adamik niespodziewanie się zatrzymuje. W pęknięciu. Pomiędzy. Zatrzymuje się również jego czas, gdy udaje się skupić uwagę na jego naturalnym przepływie. Śmiertelna choroba sprawia, że Autor balansuje nad krawędzią. Zerka na siebie jakby zza życia. Łypie ślepawym okiem w poszukiwaniu sensu. Sensu sensu.

5 rano, miska z wodą przy łóżku, zaraz EKG, spisywał Białoszewski.
– Może mi pani trochę przetrzeć plecy?
– Spirytusem – pani Helena na to. – Nie będę panu żałowała.
Smaruje mi plecy.
– Lubił pan popić? Za życia?
– Nie – roześmiałem się – za życia:
– Co? Niedobrze powiedziałam?

 

Fot. tytułowa: Jaroslav Róna, Postać z czaszką, zamek w Mikulovie / z arch. autorki

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz