Kawałki

Narratologia krytyka, czyli dobrze wpaść na żubra

7 kwietnia 2017
maciej stroiński

Nie mam pojęcia o marketingu, ale funkcjonuje w nim dość ostatnio modne, zapożyczone z lekcji poetyki (i „Poetyki”) pojęcie – storytelling albo, bardziej po polsku, narratologia. W skrócie idzie o to, że reklamodawcy zamiast namawiać nas wprost do kupienia piwa, opowiadają nam historie o szczęśliwych, mimo lekkiej ociężałości, żubrach.

Główna zasada storytellingu głosi, że podziwiamy kogoś bardziej za to, że się stara, niż za to, że mu się udaje. To by w sumie tłumaczyło, dlaczego tak nieoczekiwanie wpadłam w sidła Macieja Stroińskiego. Sidła nota bene całkiem cozy, modne i wygodne. Ale po kolei.

Historia zaczyna się od zakupu wiosennego numeru „Przekroju”. Zakupu poczynionego pewnego deszczowego popołudnia w miejscu naprawdę „Przekroju” godnym a mianowicie kiosku ruchu przy ulicy Kazimierza Wielkiego w Krakowie. To taki kiosk-dziupla, przyklejony do jednego z powojennych szarych bloków – jednoosobowa przestrzeń rozmiarów windy, ciężkie drzwi z kratą, zapach gazet, te sprawy. No więc ten zapach (deszczu i gazet), wolne popołudnie – sentymentalnie. To żeby tę sentymentalność nieznośną przełamać, myślę sobie, otworzę od razu na „Recenzje” – wścieknę się trochę, poirytuję. I nawet całkiem nieźle zaczęłam, od krótkiego opisu nowej płyty The xx, która mnie z miejsca ustawiła w szeregu „klasy średniej bywającej”. No dobra, sobie myślę, przynajmniej „bywającej”, i szybko wzrok przenoszę na teatr, żeby postopniować jednak ten wkurw nim przejdę do omówień książek. I może by się nawet udało, gdyby nie ten cały Stroix. No bo to wygląda tak:

Stroiński Przekrój

No, wow! – myślę sobie ambitnymi zgłoskami, jak postać z tych wszystkich komiksów, co tam ich dużo w „Przekroju” – tak się da, można. Tak bezobciachowo, w punkt i do tego językiem, do którego czytelnik będzie tęsknił jak pijany kot. Rzucam papierem i googlam, chcę więcej. I widzę, że nie tylko ja dostrzegam tego Stroińskiego odmienność i że (a świadczy o tym poniekąd tekst Łukasza Drewniaka) zaczął on funkcjonować już dzięki swojej narracji jako bohater (no działa ten storytelling, podprogowo). Ale wcale nie drugiego planu, jak chce Drewniak, a (dla swoich recenzji) doskonale równorzędnego. A to dlatego, że ja mu od pierwszych słów jak naiwne dziecię wierzę już w cokolwiek, co o teatrze napisze, bo mnie tym swoim bohaterem ze wsi, Stroiksem, uwodzi. Że się niby nie zna. Że nie będzie robił przypisów, bo przyszedł do teatru a nie na seminarium. I tak śmieszkuje.

Sukces autopromocyjny Stroińskiego jest bezdyskusyjny, ale nie byłoby tego sukcesu, gdyby młody autor nie wymyślił siebie tak bezwzględnie od podstaw, cynicznie zakładając, że teatr, w którym wszystko wolno, zasługuje na krytyka, który może wszystko. Nie oskarżam, Boże broń, Stroińskiego o cynizm bezrefleksyjny i cynizm dla własnej korzyści. To cynizm konieczny, bo cyniczne są czasy, w których krytyk musi działać i tworzyć właśnie tak, a nie inaczej. Walczyć o uwagę czytelnika, gromadzić sojuszników pod swoje sztandary.

Ja tam nie wiem, czy to cynizm, bo też jestem ze wsi i się z nikim nie znam. Dlatego naiwnie wolę uznać, że Stroiński to ktoś obdarzony jednak krytycznie bezczelnym słuchem absolutnym, jakaś doskonała persona widza. Nie zgodzę się, że uprawia krytykę stricte wrażeniową, w której interpretacja się nie liczy. Stroiński interpretuje, ale nam tę interpretację życzliwie oszczędza. To, co dostaje czytelnik, to nie bolesny proces („jak już odkryjesz, w jakiej dupie jesteś, to posyp to reflektorem, pokazem mody i sklepem z zabawkami” ♥) wstawiania przypisów, tylko analityczny destylat, z którego nie odsączono jednak – i o to Stroix superbohater swoją kopię kruszy – EMOCJI. Do teatru przychodzimy dać sobie w żyłę.

*

A piszę o tym nie tylko dlatego, żeby powiedzieć Stroińskiemu, że jest fajny, ale także dlatego, że podoba mi się jego klasyfikacja spektakli. Szczególnie, gdy myślę o recepcji kilku ostatnich niezwykle krytycznych i zaangażowanych powieści.

Spektakle dzielą się na dobre, złe i „ważne” – pisze Stroiński. „Ważne” to takie, których o nic nie pytamy, bo nie wypada. Temat mają „za bardzo”, żeby je oceniać. Tak zwane spektakle „ważne” nie muszą być dobre.

W ostatnich tygodniach jedną z ważniejszych książek jest „#Upał” Michała Olszewskiego.

*

PS. Jezu, jak dobrze, że ten Stroiński uczy w szkole.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz