Kawałki, Książki

Nie wiem czy chcę. Opowieści płciowo neutralne

20 kwietnia 2016
Rodzice, gender

Trwa ogólnopolska debata o milczeniu. Im dłużej Agata Kornhauser-Duda unika publicznych wypowiedzi, tym głośniej mówią inni – dziennikarze, celebryci, marketerzy, chirurdzy plastyczni. Dla wszystkich pozostałych, którzy szans na wypowiedź ze zdjęciem w portalach nie mają, ale swoje zdanie na temat milczenia owszem, redakcje utworzyły specjalne rankingi: „Czy Agata Duda powinna zabierać głos?”.

A czy ma wybór? „Wyborcza” naiwnie i niepotrzebnie usprawiedliwia weekendowy tekst Małgorzaty Niemczyńskiej o pierwszej damie tłumacząc, że „część wyborców być może właśnie dlatego oddała głos na jej męża, bo liczyła, że Agata Duda będzie pełniła aktywną rolę u boku prezydenta.” Tak się jednak nie stało. A oddane głosy odbiły się szerokim echem w dyskusji na temat ciszy.

Rozwód? A może to polityczne otoczenie męża zamknęło jej usta? Czy Agata Duda ma rzeczywiście inne poglądy niż jej małżonek i dlatego milczy? – Aleksandra Pawlicka „Newsweek”
To jest oczywiście jej prywatna decyzja, ale ze względu na kobiety w Polsce powinna to zrobić – Danuta Wałęsa
Pierwsza dama ma prawo w wolnym, demokratycznym kraju do milczenia. Ma prawo do swojej obecności w stylu i formie, jaką uznaje za słuszną – Anna Komorowska
Trudno zrozumieć tłumaczenia, że zabieranie głosu nie należy do jej kompetencji – Barbara Kaczmarczyk NaTemat.pl

 

I co ty na to i co ty na to

Agata Szczęśniak w rozmowie z Niemczyńską w przywołanym już tekście z „Wyborczej” wyjaśnia społeczne oczekiwania wobec żony prezydenta: „w sferze publicznej oczekujemy tego, żeby mówić. Gdy ktoś milczy, musi się liczyć z tym, że zostanie to uznane za wymowne”. „Tylko czy to nie jest trochę seksistowskie?” – nie poddaje się Niemczyńska. „Dlaczego nikt nie pyta, jaki wpływ na decyzje Angeli Merkel ma jej mąż? Dlaczego on nie zabiera głosu?”

– Czy ktoś jej płaci za bycie pierwszą damą? Czy to jest w ogóle jakiś zawód, który ona sobie wybrała? Nie, więc właściwie nie musi nic robić.
– Dajcie jej spokój. Pierwsza dama nie ma obowiązku brania udziału w aktualnej szopce politycznej. Chce być ponad bieżące i koniunkturalnie wywoływane tematy zastępcze, to ma do tego pełne prawo.
– Oficjalnie nie ma takiej funkcji jak pierwsza dama. Jeśli więc pani Agata Kornhauser-Duda nie chce się wypowiadać publicznie, to nikt jej do tego nie zmusi.
Wypowiedzi z forum Gazeta.pl

 

Wielka szkoda, straszna strata

Podobna dyskusja zrodziła się swego czasu wokół Małgorzaty Terlikowskiej i jej wyboru rezygnacji z kariery zawodowej na rzecz wychowania dzieci. Gdy trzy lata temu Grzegorz Sroczyński przeprowadził wywiad z żoną redaktora Terlikowskiego, w którym wyznała między innymi, że nie są do końca zgodni co do decyzji o kolejnym dziecku, na forach zawrzało. Nie tylko polemikom, ale i domysłom na temat pożycia Małgorzaty i Tomasza nie było końca. Właściwie okazało się, że w hipernacjonalistycznej Polsce łatwiej być wpieprzającym marchewki rowerzystą niż żoną ultraprawicowego publicysty, która deklaruje świadomą rezygnację ze środków antykoncepcyjnych. W gronie czytelników „Wyborczej” oczywiście. W klimacie, jaki zapanował wtedy w mediach. Może nie byliśmy jeszcze aż tak hiper.

Staliśmy się świadkami (ale i uczestnikami, do czego zachęcają media) nieustających dywagacji na temat poziomu satysfakcji pożycia pary zarówno Terlikowskich, jak i Dudów. A także usilnego doszukiwania się ich domowego napięcia (pani Agata, jak donosi „Polityka”, zbierała na balkonie krakowskiego mieszkania śmieci, które mąż musiał wyrzucić po powrocie ze stolicy, by warszawska sodówka nie uderzyła mu do głowy).

Gdy kobiety decydują się nie zabierać głosu (także symbolicznie – głos rozumiem też jako działanie, aktywność, pracę), ten wybór najczęściej akceptowany nie jest – głównie przez środowiska, które o ten wybór dla kobiet walczą. Skoro już wywalczyły, trzeba korzystać. Głośno i wyraźnie.

 

Nie wiem czy chcę rozmnażać się

Kobietom wolno już, jak śpiewała Peszek a ostatnio pisała Dominika Dymińska, nie lubić dzieci. Nie chcieć ich rodzić. Wolno im mówić o tym, że macierzyństwo jest „be”. Jest udręką, jest więzieniem. Można opowiadać o tym, że jest się Chujową Panią Domu i nawet zostać z tego powodu kandydatką na Superbohaterkę „Wysokich Obcasów”. Więcej – można przyznać, że lubi się porno a nawet się w nim grało. I nikomu się krzywda nie stała. Można – jak się jest kobietą. Mężczyźni mają gorzej.

 

 Jeśli kobieta ma wybór (przynajmniej w publicznym dyskursie, bo przy rodzinnym stole wypada to słabiej), to musi podjąć decyzję jedynie słuszną. Może nie chcieć mieć dzieci, gorzej, gdy planuje ich piątkę. W przypadku mężczyzn to jeszcze bardziej skomplikowane. Weźmy choćby przyzwolenie na brak zobowiązań innych niż finansowe związane z faktem bycia ojcem – jeszcze wczoraj zwyczaj tak powszechny. Mężczyzna nie miał nic wspólnego z życiem niemowląt poza tym, że przynosił do domu hajs na pieluchy i mleko. A dziś publiczne wyznanie, iż pokazywanie się z niemowlęciem jest niemęskie, wywołuje spazmy. Nawet w krytyce literackiej.

 

Trudno o tym mówić, łatwiej o tym śpiewać

Natalia Fiedorczuk, znana głównie jako wokalistka Nathalie and The Loners, na co dzień nie zajmuje się zdawaniem sprawozdań z prywatnych lektur. I właściwie szkoda, bo jej ostry i soczysty tekst w „Dwutygodniku” czytało mi się wspaniale. Mimo że się z autorką zupełnie nie zgadzam.

Szczególnie dziwne wydało mi się zgorszenie Fiedorczuk związane z lekturą „Mojej walki”, a dokładniej tym fragmentem, w którym Knausgård przyznaje, że jako ojciec czuje się aseksualnie. Dziecięcy wózek pełni w jego mniemaniu rolę kastracyjną. Pchając przed sobą wózek z niemowlęciem, który według Fiedorczuk powinien podkreślać jego rolę jako reproduktora, Knausgård czuje się odarty z seksualnej atrakcyjności. Przezroczysty dla kobiet.

Fiedorczuk próbuje obalić przekonanie literackiej nota bene postaci, weryfikując fakt powieściowy w życiu prywatnym (c’mon!). Zdaje nam mianowicie relację z rodzinnej sondy, w której odpytuje o wrażenia z ojcostwa swojego partnera. Zwierza się również z własnych preferencji seksualnych.

Knausgård koniec końców okazuje się (mimo niejakiej sympatii Fiedorczuk do jego książki) nadętym, egotycznym Piotrusiem Panem. Co ciekawe (ha!), podstarzałym Piotrusiem Panem nazywa z kolei Ekruda na swoim blogu Vernona Subutexa, tytułowego bohatera powieści Virginie Despentes. Tylko robi to z zupełnie innych powodów, tzn. właściwie… ot tak.

Dobry trop, bo przecież Vernon obserwując życie kumpli, którzy założyli rodziny, dochodzi do tych samych wniosków co Karl Ove: niemowlę odbiera facetowi męskość.

 

Poczucie seksualnej atrakcyjności, funkcję wabika i afrodyzjaka pełni dla faceta, w powieści Despentes, co najwyżej mała suczka, Colette (jak uroczo!). Nad tym faktem krytyczki prześlizgują się jakby nigdy nic. W końcu Despentes to ikona francuskiego feminizmu. Była zgwałcona, pracowała jako prostytutka, wydała obrazoburczą powieść i cykl felietonów, a w wieku 35 lat została lesbijką. Zna trudy kobiecego życia. Przyznaje bez ogródek, że macierzyństwo wcale nie jest sexy i nie pozwala młodym kobietom, by dały to sobie wmówić. I świetnie.

Wszyscy zgadzają się, że Vernon to przecież postać literacka, a stoi za nim Despentes. A ona, w życiu prywatnym, ma jasno określone poglądy. A za Knausgårdem stoi… po prostu Knausgård. Gość, który – do cholery – idzie z dzieckiem na zajęcia z rytmiki i ubolewa, że nie może przy okazji wyrwać dwudziestoletniej pani z przedszkola. Merde! Co za dupek!

 

Nie wiem czy chcę ciąg dalszy swój mieć

Widziałam ostatnio w Teatrze Starym „Książkę telefoniczną” Michała Buszewicza. „Dzień dobry, czy to telefon dla chcących być kimś innym?” – rozpoczyna spektakl jeden z Głosów. Dalej jest równie zabawnie. I nagle w połowie przedstawienia jest taki moment, gdy Monika Frajczyk, posługując się językiem migowym i własną mimiką, pokazuje kluczowe w naszym życiu, ale i absurdalne momenty, w których zapada cisza. Możemy udać każdego – czyjąś matkę albo Napoleona Bonaparte. Ale głos pozostaje kobiecy albo męski – próba przeobrażenia w konia, mimo wszystko, spełzła na niczym.

Świat oczekuje od nas ciągłej narracji, ciągłych deklaracji. Jesteśmy dopóki trwa opowieść. Ona konstruuje naszą tożsamość. A ta opowieść ma swój rodzaj i końcówki. Julia Fiedorczuk w najnowszym zbiorze opowiadań „Bliskie kraje” powtarza starą prawdę, że w konstruowaniu własnej tożsamości za pomocą słów przypominamy snujące sieć pająki. Co ważne, ta sieć musi się na czymś rozciągnąć – potrzebuje krzaków, drzew, płotu, samochodowego lusterka. Pająk wchodzi w dialog z miejscem, w które został rzucony.

Śródtytuły pochodzą z tekstu piosenki Marii Peszek „Nie wiem czy chcę”

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

1 Komentarz

  • Odpowiedz Patryk 28 kwietnia 2016 at 20:27

    Psycholog ewolucyjny by powiedział że to dlatego, że mężczyzna z dzieckiem nie oddawałby całej uwagi ew. przyszłemu dziecku patrzącej (bo już zajęty). Ale przecież nie po to konsumujemy dobra kultury żeby wierzyć psychologom ewolucyjnym (a przynajmniej nie do końca). Udało się bez wielkich kwantyfikatorów!

  • Zostaw komentarz