Książki

Niejebalni

4 czerwca 2017
niejebalni

Wielka Litera po wielkiemu cichu wydała Państwu Redaktorstwu z „Literatury na Świecie” krotochwilną książeczkę pod tytułem „Dwoje”. Jak donoszą internety rzecz wymagała tysięcy maili oraz jednego jeziora. Pozbawieni ekologicznej wrażliwości autorzy topili w nim ponoć kartki kolejnych wersji powieści. Mniemam, że to był szot. Nadzwyczaj jednak płytki.

Anna Górecka i Andrzej Kopacki postanowili tchnąć życie w strupieszały gatunek i wyprodukowali Jeszcze Nowszą Heloizę – erotyczną powieść epistolarną z metanarracyjnym suspensem. Dość banalna, pretekstowa akcja „Dwojga”, naszpikowana literackim efekciarstwem, uchodzić może spokojnie za pocieszną trawestację libretta spektaklu familijnego „Lamaila” (grają w Łodzi, polecam). Oto Słoneczny Mężczyzna (Heliodor, z zawodu trochę aktor i redaktor), powodowany koniecznością zakupu urodzinowego prezentu dla dorosłej córki, wpada do sklepiku Królowej Nocy (Luna, antykwariuszka). Szybko dochodzi do transakcji (on kupuje, wiadomo, „Niebezpieczne związki”) a potem (adagio maestoso) – łakomej konsumpcji. Na tak zmyślnie utkanej intrydze rozpinają się jeszcze inne, poboczne wątki, godne najlepszych tasiemców (była kochanka Heliodora okazuje się córką jego trenera, który po wypadku zapada w śpiączkę itp.).

Darowałabym sobie wykpiwanie mieszczańskiego romansu stargetowanego na bardziej dojrzałych dorosłych, nawet podszytego pretensjonalnością (likier czekoladowy, róże, czytanie „Fausta” i Vivaldi), bo wierzę w życie po pięćdziesiątce. Warto pisać ku pokrzepieniu serc. Dwoje doświadczonych redaktorów i tłumaczy w swojej epistolarnej zabawie stworzyło jednak, o dziwo, ramotkę raczej miażdżycorodną.

Dwoje Górecka Kopacki

Górecka i Kopacki łamią społeczne tabu pokazując środkowy palec silnemu w Polsce ageizmowi. Ich bohaterowie to aktywni zawodowo i fizycznie 55-latkowie, których połączyć ma gorący, bezwstydny romans. Co ciekawe, „Dwoje” przyszli na świat na początku maja, w momencie, gdy przez media przelewał się hejt na żonę Macrona. Zaraz potem, w odwecie za ten hejt, wybrzmiał manifest „niejebalnych” (określenie Gretkowskiej) kobiet o prawo nie tylko do szacunku, ale i pożycia. Halo, mamy ponad 50 lat ale wciąż możemy a tymczasem, jak punktowała słusznie Martyna Bunda w „Polityce”, w naszej kulturze zasadzie nie ma ról dla kobiet 40 plus, które miałyby osobowość oraz – o zgrozo! – seksualność. Wiek uchodzi ekspertkom i specjalistkom, o ile trzymają się roli.

Luna z „Dwojga” na tle tych zdarzeń jest trochę jak Brigitte Macron – zrealizowała wszystkie kobiece skrypty łącznie z pielęgnowaniem urody. Urodziła dziecko. Odniosła sukces zawodowy. I jest wolna. Mogłaby z powodzeniem dołączyć do Lauren Hutton w nowej kampanii reklamowej Calvina Kleina a w samolocie do Tel Avivu (Luna dużo lata) poczytywać Antjie Krog. Problem jednak w tym, że jej seksualna emancypacja idzie w parze z zestawem myślowych klisz najgorszego sortu oraz silnymi uprzedzeniami, szczególnie wobec młodych kobiet.

Dwudziestolatki w powieści Góreckiej i Kopackiego są albo głupie i próżne (wnuczko-żonki, kochanki przyjaciół), albo trzpiotowate i nieobecne (córki pary bohaterów). Łączy je jedno – nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Grubą kreską obrysowane są zresztą nie tylko młode kobiety. Pogardliwie traktuje się również wszelkie przejawy ich działalności, również artystycznej. Wiadomo, jak „sztuka kobiet” to „instalacje waginalne” („cóż począć”, myślą biedni bohaterowie zmuszeni do uczestnictwa w wernisażu wnuczko-żonki, „przyjaźń wymaga poświęceń”). A że klisza goni kliszę, to obyci i wyemancypowani „Dwoje”, jak już na wernisaż instalacji waginalnych dotrą, ze zgrozą przyglądają się zgromadzonej tam publiczności: „Skąd tutaj tylu oryginałów, przebierańców, dziwaków, gejów i lesbijek?” Przełożonym Heliodora jest gej – dość żałosny typ dilujący koksem, który w wolnych chwilach i na pełnym gazie wiąże sobie kokardki na penisie. Na tym tle, serwowane tu i ówdzie złote myśli jak ta, że kobieta jest dla mężczyzny obiektem seksualnym albo żadnym, to już bułka z masłem („a co masło może powiedzieć, przyjmując w siebie nóż?”).

No dobrze, zostawmy uprzedzenia i zajrzyjmy do sypialni. Kilka lat temu W.A.B. wydało książeczkę młodej norweżki Heddy M. Robertsen, której fabuła trochę przypomina „Dwoje”. Narratorka powieści, dziewiętnastoletnia panna, pracownica księgarni, przez niecałe dwieście stron snuje fantazje o dojrzałym kliencie, który przypomina jej Madsa Mikkelsena. Jednak o ile fantazje Alby o żwawym fellatio spełniały w fabule Robertsen swoją fatyczną rolę, to fikuśne retardacje u „Dwojga”, w nieskończoność odwlekające ten pierwszy raz, są najpierw komiczne a z czasem po prostu nużące.

Wygląda to wszystko dość niepokojąco gdy przeskakujemy do autotematycznych rozdziałów powieści, w których autorzy sami siebie schizofrenicznie punktują, tłumacząc mankamenty epistolarnej fabuły. Bo „Dwoje” chce być trochę jak „Gra w klasy”, czego nie trzeba się nawet domyślać, bo Maga i Oliveira wyskakują z tekstu jak diabeł z pudełka. Stąd, jak mniemam, Cortazarowskie aspiracje autorów do zabawy w tworzenie nowego intymnego języka oraz zawiłej struktury powieści.

Ale słuchaj, mamy już kilkadziesiąt stron, a oni nawet się nie całowali? Przecież to miała być współczesna historia erotyczna, a nie miłosna ramota z XIX wieku. (…)
Maksie drogi, nie całowali się, bośmy popadli w radość pisania. To niebezpieczne – tak, tak, ma się wtedy ochotę rzucić pracę, uciec gdzieś na południe i prowadzić jakieś nierealne życie.
Luna jeszcze o tym nie wie, ale chciałabym, żeby poszli do łóżka w pierwszy dzień wiosny. Może przy Vivaldim. Wiem, co pomyślisz – że to okropnie pretensjonalne. I będziesz miał rację. Ale powiedz, czy można się fajnie kochać bez egzaltacji?

Szczerze? Można. Kto jak kto, ale Andrzej Kopacki jako tłumacz „Eden Plaza” Dagmar Leupold powinien o tym wiedzieć najlepiej.

Wyjaśnij mi jeszcze pomysł na powieść w listach [piszą do siebie fikcyjni autorzy powieści w powieści – przyp. mój]. Czy w ogóle takie listy to dobry pomysł? (…) A jak by się to miało skończyć – oprócz tego, że wesoło, bajkowo albo jakoś tak jak w czeskich filmach?

Drodzy Państwo, spieszę donieść, że czytelnika nie bardzo to interesuje. On sobie po prostu „przewija” jałowe autotematyczne wtręty w poszukiwaniu momentów. Trochę mocniejszych niż te entomologiczne: „na moim udzie przysiada motyl. Odfruwa i znów przysiada. Czuję na skórze muślin”.

Fot. Nomada

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz