Książki

Nieświeża flądra ciemności

10 sierpnia 2017
czarna wojciech kuczok

Pod koniec lipca Justyna Sobolewska przebierała na łamach „Polityki” w literackim urodzaju rodzimych opowieści o prowincji jak w ulęgałkach. Po zwiastującym pewien rodzaj pokoleniowego doświadczenia „Osiem cztery” Mirka Nahacza (2003) przez ponad dekadę jaraliśmy się raczej wielkomiejskim życiem blokowisk, by ostatecznie, dotknąwszy dorosłości (czytaj: śmierci), wrócić w ostatnich latach do sielskiego, analogowego dzieciństwa. Tymczasem obok obrazów polskiej wsi, szczególnie tej z przełomu lat 80-tych i 90-tych, w najnowszej powieści namnożyło się portretów małych miast. Zupełnie współczesnych. Niestety – zwykle wybitych z tej samej sztancy.

Po lekturze nowego Żulczyka towarzyszyło mi wrażenie nieobce widzom rodzimej kinematografii, które podpowiada, że pomiędzy tworzywem historii a dziełem skończonym zachodzi niebezpieczne sprzężenie zwrotne. A może nawet nie zachodzi nic – wystarczy zmieszać niestrawne wątki zaczerpnięte z telewizyjnych paradokumentów i niech się to „kwasi w sosie naszym, ojczystym, buraczano-bigosowym”, domu złym.

Wojciech Kuczok CzarnaNaród polski to, jak chce Maryśka, bohaterka nowej powieści Wojciecha Kuczoka (skądinąd obserwatorka „polskiej strefy” na wakacjach w Grecji), „antropologiczna katastrofa: czytelnicy tabloidów, widzowie kiepskich seriali, nałogowi konsumenci kotletów schabowych”, słowem: „smażalnia mentalna”.

Na tym gastronomicznym tle celebry nadmiaru, wzdęć i nadkwasoty naszkicowani są mieszkańcy Czarnej, którym „gnuśność skrzywiła postawę i światopogląd”. Do Kuczoka jak ulał pasują słowa, które Nowacki zadedykował Vardze, recenzując najnowszy tom jego opowiadań: „warszawski pisarz uwielbia się znęcać nad swoimi postaciami lub w sposób nad wyraz malowniczy je zohydzać”. Obaj (Kuczok i Varga) chorobliwie rozsmakowują się w opisach codzienności statystycznej polskiej rodziny, która nie reprezentuje sobą nic poza „piekłem martwego rytuału”. I co z tego stękania wynika?

Niestety niewiele. „Czarna” to taka nieświeża, wakacyjna „flądra ciemności”. Bezinteresowny popis malkontenckiej toksymii. L’art pour l’art. Odsmażane taśmy prawdy.

Oczywiście zamysł serii Tomasza Sekielskiego, w której ukazała się powieść, polega właśnie na tym, że fikcja łapczywie karmi się rzeczywistością, głównie kryminalną. Rzecz jednak w tym, że wartość artystyczna takich realizacji lokuje się często niedaleko tej, którą prezentowały, produkowane przez macierzystą stację obecnego wydawcy Kuczoka, „Prawdziwe historie”.

A mogło być lepiej. W końcu wszystkie nakreślone w „Czarnej” problemy małych społeczności eksploatowane są w niezłym, również popularnym, kinie – począwszy od „Sprawy Gorgonowej” Majewskiego, przez „Dogville” von Triera a skończywszy na „Zaginionej dziewczynie” Finchera. I wciąż udaje się znaleźć dla nich ciekawą formułę. Tymczasem Kuczok na melodramatycznej matrycy pozamałżeńskiego romansu, którego niewyszukany opis zjada niemalże całą akcję, usilnie stara się wybić tragedię. Niestety, korzystając z tego rozwiązania, lokuje się w swoich zamiarach niebezpiecznie blisko przestrasznej „Miłości w Mieście Ogrodów” Villquista i Sikory.

Co więcej, Kuczok tę melodramę buduje w języku, „balladowo” – jak pochwalił Kurkiewicz. Pisze „Czarną” dzieląc akcję na głosy – pijanego burmistrza, zrzędliwej teściowej, dyrektora miejscowej podstawówki, przystankowych żuli i… sądowych akt. Niestety, nie jest to ani jego, ani ich język. To język, którym „mentalną smażalnię” opisywali już między innymi (kolejność alfabetyczna) Drotkiewicz, Dziewit-Meller, Engelking, Kołodziejczyk, Rejmer czy Żulczyk. Kuczok napisał „Czarną” pożyczonym językiem o pożyczonych językach. Wszystko to razem – rozrywki stylistyczne, monologi i psychozabawy, łącznie z kuriozalną sceną mordu opisaną w formule oratio a tumulo – broni się co najwyżej jako warsztatowy popis na zajęcia creative writing.

„Czarna” to powieść retoryczna, prozopopeiczna. I ta kreacja stylistyczna odwraca uwagę od ostatecznej miałkości samej intrygi oraz konstrukcji fabularnej książki, w której – jak przystało na Kuczoka – dominują „momenty”. Ciekawe, że we fragmentach opisujących seks Kuczok wdzięcznie zrzuca stylistyczne przebrania, co dobitnie zaświadcza, że autor „Obscenariusza” lepiej niż z sensacją radzi sobie jednak z romansem. Gdyby Górecka z Kopackim planowali kolejną część „Dwojga” (np. pod tytułem „Troje”), na ich miejscu do pisarskiego ménage à trois niechybnie brałabym Kuczoka.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz