Książki, Sztuki wizualne

Obrysowując cień. Autoportrety Ewy Kuryluk z Agatą Bogacką w tle

19 lipca 2016

„Manhattan i Małą Wenecję” czytam od maja. Jest to tak gęsty, pojemny, wielopoziomowy tekst, że z powodzeniem mógłby się znaleźć w programie najbliższej ha!wangardy.

Wbrew pozorom to nie wywiad-rzeka ani nawet klasyczna rozmowa, jak sugeruje podtytuł oraz liczne recenzje. Książka wyskoczyła ze skrzynki mailowej Agnieszki Drotkiewicz, namiętnej czytelniczki powieści „Century 21”. Jest relacją z korespondencji artystek. Rzadko czytam literaturę epistolarną i dzienniki z uwagi na niechęć wobec jałowej zwykle (w zapisie) krzątaniny wokół codzienności. Nudzi mnie ona i peszy, pozostawiając z niemiłym podejrzeniem o voyeuryzm. W wyuzdanej radości obcowania z literaturą doskonale się obchodzę bez intymnych marginaliów pisarskich. Wszystkie te przedmioty, miejsca pracy, listy zakupów, przeciekające krany, uchylone drzwi, niedokończone posiłki, spotkania i romanse – hiperrealistyczny zapis odprysków życia wolę podziwiać w pracach Isabel Quintanilli i Francisco Lopeza.

Ale tym razem jest trochę inaczej. Agnieszka Drotkiewicz wymailowała bowiem z Ewą Kuryluk swoiste studium „Wieku 21”. Jednocześnie – i w tym się przejawia między innymi hiper i intertekstualność tej książki – ta zapomniana nieco powieść stała się pretekstem i punktem wyjścia do opowiedzenia o całej twórczości Ewy Kuryluk oraz o jej intensywnym, pełnym nieoczekiwanych zwrotów życiu – prywatnym i zawodowym. A przewaga „Manhattanu i Małej Wenecji” nad innymi pozycjami z tej półki polega przede wszystkim na tym, że wydobywa z bohaterki dialogu dla czytelników jej niesamowitą samoświadomość twórczą. Mam tu na myśli głównie nowych czytelników,  bo kto zetknął się już z „Podróżą do granic sztuki”, „Art mon amour” czy „Weroniką i jej chustą” nie będzie zaskoczony.

Ewa Kuryluk – malarka, pisarka, twórczyni instalacji oraz historyczka i krytyczka sztuki zawsze żyła intensywnie. Szeroko. Odważnie. Bezkompromisowo. Ale też uważnie. Jest jedną z tych nielicznych artystek, która w sposób rzeczowy opowiada o swojej twórczości, będąc jednocześnie jej wnikliwym obserwatorem i krytykiem. Erudytka. Redaktorka Wikipedii. Swoje prace potrafi przejrzyście umiejscowić na tle pokrewnych zjawisk w sztuce.

Ostatni cykl prac z roku 1976 ma charakter autoportretowy. Wycofując się w cztery ściany pracowni, zaczynam intensywnie obcować sama ze sobą, spotykam się ze swoim drugim, trzecim ja – z sobowtórami czasu minionego i przyszłego. Ukazujące moją postać często zwielokrotnioną, obrazy te świadczą, być może, o poczuciu znikomego uczestnictwa w aktywnym życiu i o samotności. Kontynuuję w nich ideę równoczesnego istnienia w intymnej przestrzeni, w której tkwi pojedynczy człowiek, i w obiektywnych, społecznych i historycznych warunkach, które jako przypadkowe epizody pojawiają się na prawdziwych i wyimaginowanych ekranach – jak w oknach na świat, przed którym uciec nie można i nie wolno.

Tak pisze o swoich obrazach Kuryluk już w wydanej w 1979 roku książeczce poświęconej hiperrealizmowi. A dzieje się to jeszcze zanim straci wrażliwość na kolor i zacznie tworzyć białe jak śnieg (grudniowy, bo przypadnie to na okres stanu wojennego w Polsce) instalacje.

Odwiedzając w MNK wystawę „Nie śnij o miłości” zdałam sobie sprawę, że Ewa Kuryluk (wieszcząca nota bene śmierć malarstwa) ma wśród polskich artystek kontynuatorkę prac sprzed czterdziestu lat. Podczas gdy w Londynie powstawał ostatni cykl jej płócien, w Warszawie urodziła się Agata Bogacka.

 

Malarstwo Bogackiej to na pierwszy rzut oka pamiętnik naszkicowany z codziennych, banalnych zdarzeń. Płótna prezentują życie kobiet(y), artystki i jej przyjaciół, zdradzając często szczegóły relacji towarzyskich oraz erotycznych a nawet tych jeszcze bardziej intymnych, gdy „Agata” zostaje ze sobą sam na sam. „To nie są obrazy dokumentalne – powie Bogacka o własnej twórczości – nie przedstawiają wydarzeń, tylko stany psychiczne”.

  • Kuryluk i Bogacka wychodzą od fotografii, autoportretu, często „poszerzonego” o bliskich, kochanków, czasem zwierzęta czy ważne przedmioty.
  • Motywem wielu ich obrazów jest pragnienie nawiązania bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem (czasem zbyt bliskiego, kontrolowanego, zaborczego, vide czerwona żyłka Kuryluk).
  • Wyabstrahowane z rzeczywistości postaci pojawiają się u obu artystek na jednolitym tle: „neutralnym, surowym i beznamiętnym”, jak czytamy w opisie wystawy „Nie śnij o miłości”.
  • Kuryluk i Bogacka bazują na swoich zdjęciach, ale nie przemalowują ich, tylko wycinają z tła i precyzyjnie obrysowują.
  • Z otoczenia zachowują drobne fragmenty, odpryski, symbole – kant stołu, żelazko, poręcz krzesła, łańcuch huśtawki, maszynę do pisania, lustro, rower albo psa.

Ciekawie byłoby poszukać wspólnych dla twórczości obu artystek korzeni. Za punkt wyjścia posłużyć mogłyby to, co Kuryluk opowiedziała w zakończeniu „Manhattanu i Małej Wenecji” (rozdział „Alegorie autoportrety”), przywołując swoje zainteresowanie „rozlicznymi veraikonami kobiecej produkcji”.

Jest ich na świecie wiele i uchodzą często za alegorie sztuki, ale ich podstawowy sens jest inny. To alegorie prokreacji w kobiecym ciele, w materii. Greckie legendy korynckiej dziewczyny i Weroniki należą do uniwersalnej mitologii „prawdziwego obrazu”, w której zjawiska fizjologiczne i fizyczne zmieszały się z fantazjami i zabobonami w skomplikowany system analogii, metafor i symboli.

Platon gardził przecież malarzami, dodaje Kuryluk, nazywał ich „łowcami cieni cieniów” i zamierzał wykluczyć ze swojego idealnego państwa. Malarstwo deprecjonował dodatkowo fakt, że – zgodnie z legendą, o której można przeczytać w książce – wynalazła je kobieta. Obrazami gardzili bizantyjscy ikonoklaści. Chrześcijańscy cesarze palili ikony Chrystusa, wierząc, że malarstwo jest występkiem przeciw Bogu. Lęk przed naturalistycznym wizerunkiem charakteryzuje też judaizm i islam. Awersję do niego zdradza wreszcie sztuka japońska, bardziej sformalizowana i bardziej abstrakcyjna od europejskiej. „Prawdziwy obraz – lub jego brak – definiuje kulturę”, mówiła kilkanaście lat temu Kuryluk w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”. Potrzebę zwielokrotniania własnych wizerunków, ten przymus ciągłego obrysowywania swojego cienia, tłumacząc przy tym następująco:

Pochodzę z rodziny, w której wiele się ukrywało: tragiczną historię mojej mamy, ukrytej przez ojca Żydówki, jej chorobę psychiczną, chorobę brata (…) Ja zrobiłam sobie tysiące zdjęć. Patrzące na mnie oko kamery zawsze mnie podniecało. Część najbardziej radykalnych autoportretów zostanie pokazana dopiero po mojej śmierci.

 

Wystawę „Nie śnij o miłości, Kuryluk” można oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie do 14. sierpnia

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz