Książki, Sztuki wizualne

Ornamentyka czyni świat znośnym. O „Pająkach pana Roberta” raz jeszcze

23 listopada 2015
Łukasz Stokłosa, obiekt, 2012

Zawiązanie akcji wielu amerykańskich horrorów wygląda tak – małżeństwo z dwójką ślicznych dzieci przeprowadza się z przyczyn różnych (często z konieczności przepracowania jakiegoś rodzinnego kryzysu) z dużego miasta na zabitą dechami wiochę. Najczęściej do starego, położonego na uboczu domu, który ma im pomóc rozpocząć nowy, lepszy, spokojniejszy etap życia. Ale to, co na pierwszy rzut oka wydaje się (rodzicom, ku niezadowoleniu i niezrozumieniu dzieci) piękne, miłe i niewinne, po zapadnięciu zmroku zaczyna nagle (najpierw dzieci, bo rodzice jeszcze kilka nocy smacznie śpią) przerażać i straszyć.

Ciemność, przez moment słodka i kojąca dla oczu, jak pisał Proust, odbiera im nagle wszystko, co dopiero poznali. Kradnie przedmioty, kształty, barwy. I właśnie w takiej, odartej z dekoracji scenografii, rodzi się horror, a właściwie terror, tzw. „strach głębinowy”, obawa powodowana brakiem, niedopowiedzeniem, niejasnością.

Oglądając jedną z nowych wystaw MOCAK-u prezentującą dorobek młodych krakowskich artystów, trafiamy na prace Łukasza Stokłosy. Znajdują się chyba zaraz obok wcielonych w życie interaktywnych fetyszy Bruno Schulza. Wśród ciemnych, mrocznych obrazów artysty stoją dwa śnieżnobiałe pudła, przypominające z daleka opróżnione wnętrza przenośnych lodówek. Te niby-lodówki to makiety sali pałacowej urządzonej w stylu przywodzącym na myśl Ludwika XVI. Mogłyby z powodzeniem służyć za fantastyczne domki dla lalek gdyby nie fakt, że usunięto z nich wszelkie dekoracje. Wnętrza sal są białe. Stokłosa odebrał przestrzeniom to, co stanowiło ich siłę i sens – ornamenty. Jednocześnie pudełkowa kompozycja prac każe postrzegać je jako pułapki.

…pokój Louis XVI, tak wesoły, że nawet pierwszego wieczora nie czułem się w nim zbyt nieszczęśliwy; gdzie kolumienki lekko podtrzymujące sufit rozchylały się z takim wdziękiem, aby wskazywać i chronić miejsce łóżka… – pierwsze strony „W poszukiwaniu straconego czasu”

 

Ogołocona z ornamentów przestrzeń przestaje być wdzięczna i bezpieczna. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się wspomnienie niepokojących scen z „2001: Odysei kosmicznej” Kubricka. Stokłosa przywrócił, zobrazował i pogłębił swoją pracą jeden z powszechniejszych w naszej kulturze i przestrzeni lęków – horror vacui (nota bene szczególnie bliski Polakom, o czym można się dowiedzieć  – jeśli nie z ulic miast i miasteczek, którymi codziennie się przechadzamy, bo pomieszkujemy, w poszukiwaniu lepszego życia, na odludziu – to np. z wydanej niedawno książki „Hawaikum”).

A w mojej głowie pogłębiła się myśl o przeczytanych i przegadanych ostatnio „Pająkach pana Roberta”. W rozmowie z Ulą dobrnęłyśmy do rozważań o iluzji, zgadzając się, że kunszt prozy Pucka, który absorbuje nas podczas lektury jego esejów, skrywa jakąś prawdę. I dzisiaj (po obejrzeniu makiet Stokłosy i pewnym inspirującym komentarzu do zamieszczonej przed weekendem rozmowy), wyraźnie widzę, że oprócz melancholii, smutku i samotności, język „Pająków pana Roberta” przykrywa niezwykle bogaty asortyment potworności.

Pozwalając Puckowi złapać się w bezpieczną pułapkę ornamentów rezygnujemy z możliwości mierzenia się z lękiem. Jego tekst zaprasza nas do pewnej gry – możemy pozostać na poziomie  niezwykle wyrafinowanej materii języka. Wybierając tę drogę pozwalamy sobie pełni zachwytu obcować z wszelką opisaną przezeń makabrą. Zdajemy się nie dostrzegać wprost, nie widzieć bezpośrednio tkwiącej w naturze bezwzględności, brutalizmu dążących do przetrwania gatunków, całej tej skrytej w alkowianych protokołach perwersji. Swymi subtelnymi zabiegami język „Pająków” tka swą cienką nicią pewną sztuczkę, bajkę na dobranoc. Rysuje nam arabeski i groteski wokół gąb maszkaronów.

Nie bez przyczyny obok kadrów ze „Skrzydła gołębicy” i „Gosford Park” oraz widoku XIX-wiecznego ogrodu daje nam Stokłosa namalowane w ten sam sposób, tą samą techniką i farbą, ujęcie z sadomasochistycznego filmu pornograficznego. Opowiada nam wszystkie swoje historie tym samym językiem, bez względu na ich ładunek emocjonalny. Albo inaczej – to dopiero malarski język Stokłosy ten ładunek na nowo definiuje.

A więc, gdy dostrzeżemy w esejach Pucka niecny palimpsest i zetrzemy pewną ozdobną warstwę, pozbawiając książeczkę ornamentów, otworzy się nagle przed nami puszka stłumionych żądz. „Pająki pana Roberta” buchną splecioną siłą Erosa i Tanatosa.

Zwykle amerykański horror, mimo poniesionych przez rodzinę strat (w ludziach) i widza (w nerwach), kończy się dla niej (i widza) katarktycznym happy endem. A w jakiej formie zerkamy na białą makietę rzeczywistości po lekturze Pucka?

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz