Kawałki, Kino

Personel i Artyści. Na bekstejdżu

21 października 2016

Zaglądanie za kulisy to chwyt równie produktywny co sztampowy i ograny. Wdzięczny motyw farsy, obficie raczący widzów krotochwilnym qui pro quo. Raz, że rozluźnia przeponę a dwa – pozwala zaspokoić wojerystyczne popędy. Bo przecież chodzi o to, by zaserwować widowni najbardziej bezbronnego aktora – najlepiej w samych gatkach, gdy niespiesznie zmywając makijaż wypoczwarza się z roli.

Wydaniu przez Znak słynnego wywiadu Illga i Neugera z Andriejem Tarkowskim towarzyszyła refleksja o recepcji artystów sprzed epoki tabloidów i mediów społecznościowych. Czasy, w których dostęp do Mistrzów był trudniejszy niż dziś, o ile nie niemożliwy, pozwalały budować wokół nich aurę tajemniczości i niezwykłości. Artysta kontaktował się z odbiorcą głównie poprzez dzieło, co nadawało tej relacji odświętnego charakteru i podsycało  zainteresowanie, utrzymując obie strony w gorączkowym napięciu. Tymczasem dziś o Rigganie Thomsonie w „Birdmanie” Alejandro Iñáritu robi się głośno nie z powodu tego, że reżyseruje sztukę, plotąc w przedpremierowych wywiadach coś o Carverze i Barthesie, ale dlatego, że przebiega w bieliźnie przez Times Square.

*

Kochamy flaki, bebechy. Żyjemy między cegłami a betonem, otaczają nas kable i palety, pijemy ze słoiczków. Chcemy fotek z bekstejdżu. Filmy promuje się wypuszczając do sieci making-offy. W programach telewizyjnych kamera pokazuje nie tylko gości, ale i siebie samą. A idea prywatnego reality show jest co najmniej tak stara jak archiwum Beksińskiego.

Mocno uproszczę przeżute już przez wiele mądrzejszych gęb zjawisko, ale symbolem tego poznawczego egalitaryzmu i życia wywlekanego od podszewki są dla mnie codzienne propozycje kilkunastu okienek Instagrama, przez które mogę zajrzeć za dotknięciem palca. To co, komu zrobić wjazd na chatę?

Z okazji premiery „Dronów” wybieram Fisza. Dorastałem w bloku na Ursynowie, zwierza się Świątecznej Wyborczej. Tata był postrzegany jako „ten artysta”, malował okna na niebiesko, układał włosy na cukier, więc byliśmy takimi nieco dziwolągami. Jednak kiedy wyszliśmy na podwórko, okazało się, że wszyscy możemy się porozumieć. Ktoś miał ojca alkoholika, ktoś – wykładowcę uniwersytetu, czyjś ojciec był esbekiem. Ale wszyscy zbieraliśmy puszki po coca-coli i opakowania po papierosach, ustawialiśmy je na szafach. (…) Kiedy dziś przyglądam się młodzieży, mam wrażenie, że wyrósł mur trudny do przeskoczenia. To nie jest łatwe dla ludzi, którzy operują metaforami.

Ursynów Waglewskich ufundował nam nie tylko „Alternatywy 4” ale i „Dekalog” Kieślowskiego. Z bloku, podobnie jak Fisz, pochodzi też Dyrektor, główny bohater serialu „Artyści” (dzisiaj TVP pokaże ostatni odcinek) oraz jego Doppelgänger – Jaskuła.

Strzępka i Demirski odwołali się w „Artystach” do sentymentów, które pielęgnuje w sobie Fisz. W ich teatrze żyje się poniekąd jak w bloku. Dyrektor, pojawiając się pierwszego dnia w pracy, uzasadnia na portierni swoją obecność równie uroczo, jak czterdzieści lat temu robił to Romek Januchta w „Personelu” Kieślowskiego. Tylko że Januchta był młodszym krojczym. I musiał ostatecznie wchodzić wejściem dla „technicznych”. U Strzępki i Demirskiego tzw. technicznego (i nietrzeźwego) Jaskułę na plecach do teatru targa sam Dyrektor. Twórcy serialu przyznawali w wywiadach, że jest to m.in. opowieść o awansie. Jak dla mnie nie tylko Dyrektora, ale też Jaskuły, który w wolnych chwilach i przy brakach kadrowych pełni w Popularnym funkcję inspicjenta. Popełnia też romans z aktorką. I Dostojewskim.

*

Mój dziadek, chłopak z mazurskiej wsi, miał prawdopodobnie swój drobny wkład w pierwszy barwny film w historii polskiego kina – nakręconą w 1953 roku „Przygodę na Mariensztacie”. Oglądam stare kroniki filmowe i zastanawiam się czy garnitur, który ma na sobie Tadeusz Schmidt, wyszedł spod jego igły.

Przez kilka pierwszych lat działania Polskiej Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi pracował tam jako krawiec. W drugiej połowie lat 60-tych przeniósł się do otwartego przy placu Dąbrowskiego Teatru Wielkiego, gdzie został aż do emerytury, czyli lat 90-tych. Mógł mijać na korytarzu Dejmka i Hanuszkiewicza. Być może widział też Maurice’a Béjarta, który przyjechał w 1970 roku na Łódzkie Spotkania Baletowe. Teatr podobno pękał wtedy (nomen omen) w szwach.

Proszę sobie przypomnieć – zachęcał w jednym z wywiadów Stanisław Dyzbardis, w latach 90-tych dyrektor Teatru – w 1970 roku nie było jeszcze kolorowej telewizji, po ulicach szalały Warszawy i Syrenki, a szynka i ananas były w sklepach wielką rzadkością. Krótko mówiąc byliśmy biednym, zapracowanym narodem, który zachwycał się wtedy kapitanem Klosem i tu nagle zupełnie inny świat.

Ten biedny, zapracowany naród gierkowskiej dekady doskonale pokazał zresztą Kieślowski w „Personelu”. Strzępka i Demirski zabierając nas nie tylko za kulisy, ale i na miasto uzmysławiają, jak niewiele się w gruncie rzeczy zmieniło… PKiN jak stał tak stoi. Na portierni siedzi jeszcze poczciwy Popieł (nawiązanie do Ryszarda Popiołka z „Domu” Łomnickiego) a duchy starych dyrektorów wciąż mają decydujący głos. I jakby tego było mało – wszyscy jak jeden mąż niepoprawnie jarają gdzie tylko się da.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz