Książki

Między nami dobrze nie jest. O „Piątej łodzi” Moniki Kompanikovej

8 listopada 2016
dziewczynka na plaży

Są takie historie, których nie mógłby opowiedzieć dorosły. Byłyby zbyt ckliwe, banalne. Albo przeciwnie – zbyt dosadne w swej szczerości i ponure. Dziecięca percepcja łapie świat przez grube sito a rejestr języka wyostrza obraz, odmienia perspektywę. Chwyt polegający na użyciu w powieści świadectwa dziecka dystansuje dorosłego narratora wobec przedstawianego świata. Z czytelnikiem temu chwytowi podlegającemu jest inaczej – niebezpiecznie się do bohatera zbliża. Ta niepokojąca perspektywa, którą znamy choćby z „Blaszanego bębenka” zakłóca proces lektury, jak to sobie wymyślił Wiktor Szkłowski, motywując jednocześnie odbiór dzieła. Dziecko nie rozumie wszystkiego. Widzi wystarczająco wyraźnie, by zarysować przestrzeń zdarzeń, ale to czytelnikowi pozostawia ich, często kłopotliwą, interpretację. I tylko świadomość istnienia tej nadrzędnej, dorosłej perspektywy, kontrolującego oka, ratuje co bardziej empatycznych odbiorców, dając pewność, że wszystko zakończy się jednak happy endem.

I czasem rzeczywiście jak w bajce, albo „Piątej łodzi” Moniki Kompanikovej, kopciuszek odnajduje swojego księcia. A ujawnienie tego bynajmniej nie będzie spoilowaniem, ponieważ autorka tę bezpieczną perspektywę, piątą łódź, podprowadza czytelnikowi już na początku swojej opowieści, w powtarzających się wizjach i snach nieletniej bohaterki.

Kompaníková pisze o trzech pokoleniach kobiet, które – z  różnych przyczyn – nie chcą być dla siebie rodziną. Mieszkające pod jednym dachem Irena, Lucia i Jarka nawet nie udają, że między nimi dobrze jest. Pomimo że z różnych, głównie lokalowych i zdrowotnych powodów wzajemnie się potrzebują, żywią do siebie nienawiść, która w codziennej apatii ich bytowania (bo tak to dosłownie wygląda, dorosłość jest wyczerpaniem) objawia się chłodną (jak serwowany na śniadanie, obiad i kolację jogurt) obojętnością. Również w obliczu śmierci.

Książka Kompanikovej bliska jest narracjom Julii Fiedorczuk. Jej Jarka (córka Lucii i wnuczka Ireny) przypomina dziewczynki z „Bliskich krajów” i „Nieważkości”, które walczą nie tylko o codzienny posiłek i uznanie grupy brutalnych rówieśników, ale również kobiecą godność i możliwość zachowania osiedlowej niezależności. Aby chronić siebie, Jarka –  jak Ewki i Ryśki w prozie Fiedorczuk –  musi strzec swoich granic (co, jest tego świadoma, nie udało się wcześniej jej matce). Wypiera wszystko, co powoduje drażniący niepokój. Wykorzystywana przez dorosłych tak perfekcyjnie poznaje rytm fizycznego i psychicznego bólu, że potrafi żyć z nim w zgodzie. Przetrwać jego smród i pulsowanie. Dostosowuje się, świadomie filtrując doświadczenia. Przed tymi, które są zbyt nieprzyjemne, potrafi schować się jak w ślimaczej skorupce. Wychodzi z ciała.

Ten mechanizm obronny odzwierciedla kompozycja powieści złożona z luźno powiązanych ze sobą, nieuporządkowanych chronologicznie wspomnień. Kompaníková jak przez słomkę sączy z pozornie niewinnych obrazków dzieciństwa spędzonego na słowackim blokowisku gorycz osamotnienia i biedy, banalność zła. Dorodne jabłonie obserwowane podczas leniwego popołudnia przypominają o nieodłącznym głodzie. Pieniądze wysupłane na zakupy grożą nachalnymi obmacywankami kumpli z osiedla. Euforia matki wynikająca ze znalezienia nowego kochanka kojarzy się z cuchnącym oddechem i ciężką łapą faceta zakradającego się do dziewczęcej sypialni. „Piąta łódź” co chwilę wpływa na minę. Ale, tak sobie dzisiaj myślę, dopiero po kilku dniach po jej lekturze zdaję sobie sprawę z siły i zasięgu rażenia każdej z nich.

„Piąta łódź” Kompanikovej to:
• historia budowania kobiecej tożsamości i wiedzy o sobie ze strzępków, okruchów relacji; z melancholii dzieciństwa, które upływa pod znakiem pogrzebu rozjechanego kota
• studium ciała we wszystkich możliwych kontekstach – narodzin i śmierci, miłości i rozkładu, pragnienia i odrazy
• wyraz fascynacji wodą jako elementem związanym z przemianą; na niej dryfują tytułowe łodzie; z wodą wiążą się śmierci bohaterek; słowackie przedmieścia nieustannie zalewa też przenikający wszystko i wszystkich deszcz.

Powieść Kompanikovej (wyd. w oryginale w 2010 r.) wpisuje się w dość popularny u nas ostatnio motyw pokoleniowego konfliktu matek i córek, odradzający się w przeróżnych formach i stylistykach. Biorąc tylko rzeczy najnowsze, które przychodzą mi do głowy i jakoś z „Piątą łodzią” korespondują, jak „W tył, w dół, w lewo” Weroniki Murek, „Alicyjka” Liliany Hermetz, „Serce” Radki Franczak, „Wakacje” Grzegorza Uzdańskiego czy wciąż jeszcze grane w kinach „Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Pawła Łozińskiego, robi się z tego całkiem obiecujący materiał porównawczy ;)

Monika Kompaníková, „Piąta łódź”, tłum. Izabela Zając, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz