Książki

Punkty za biedę

6 września 2017
pan kumulacja

Czy chłodna jak początek września recepcja „Stancji” słusznie punktuje słabość nowej książki Grzegorzewskiej czy świadczy raczej o schyłku koniunktury na dziewczyńskie historie z okresu transformacji?

 

„Guguły” wskoczyły na rynek książki jak Pan Kumulacja. Zgarnęły głaski krytyki, zachwyty czytelników oraz nominacje do krajowych i międzynarodowych nagród. Na fali sukcesów opowieści o Wiolce z Hektarów (wzmocnionych „Duchologią” Drendy i, nieco wcześniejszą, „Miedzą” Muszyńskiego) popłynęło kilka innych książek, m.in. „Skoruń”, „Sztuczki” czy „Po trochu”. Nie chcę tu bynajmniej rozwijać teorii spiskowych i pomawiać, śladem Miecznickiej i Kofty, rodzimych wydawców o koniunkturalizm. Dobrodusznie zakładam, że wszystkie książki były pisane mniej więcej równolegle i w tym samym czasie znalazły się na biurkach redaktorów, choć wydaje się oczywiście prawdopodobne, że sukces Grzegorzewskiej pomógł im zyskać pierwszeństwo w kolejce do księgarni.

W skali makro – Muszyński, Grzegorzewska (razy dwa), Słowik, Nowicka, Gogola, Lech, Płaza oraz, trochę obok, ale nie tak znów daleko – Wicha z „Rzeczami, których nie wyrzucił” – opowiadają tę samą historię. Pełną dygresji i fantów opowieść o dzieciństwie mocno zakorzenioną (czasem również językowo) w miejscu pochodzenia, małej (często prowincjonalnej) ojczyźnie. To prozy polepione ze strzępków i obrazków, kolaże albo różańce – różnie o nich pisano, prześcigając się w metaforach. Konglomeraty historii rodzinnych i sąsiedzkich oraz miejscowych legend. Ich dygresje sięgają czasem daleko poza doświadczenie dziecka-bohatera, głównie do okresu wojny, budując przestrzeń magiczną i eschatologiczną. W doświadczeniu dzieciństwa mieści się bowiem, obok wiary w cuda, śmierć. Nie taka jak dzisiaj, ale tradycyjna: z trumną w stołowym, do której schodzą się płaczki. Pełna natrętnych much i słodkiego zapachu gnijącego ciała.

Dzieciństwo przeżywane w czasach tuż przed (Grzegorzewska, Nowicka, Wicha) albo zaraz na początku (Gogola, Lech) szaleńczo raczkującego kapitalizmu odsyła czytelnika do zdarzeń i artefaktów uniwersalnych dla całego pokolenia, w stylu: ruscy na stadionie, puszki na meblościance, paski na kreszowych dresach.

Wspomnienia z tamtego okresu wciąż kipią w naszych głowach, przy stołach, na fejsie. Dziś wystarczyło, by redaktor prowadzący audycję „Zapraszamy do Trójki” wspomniał o wybuchających telewizorach, by za moment rozdzwoniły się telefony od słuchaczy, pełne historii, które tak dobrze znamy, jak choćby ta o chłopcach oglądających mecz na Jowiszu, ówczesnym cudzie techniki, w którym kolor nie nadążał za ruchomym obrazem, dając wrażenie, że piłkarze biegną kilka metrów przed swoimi koszulkami. Artefakt, magia i eschatologia.

Zatęskniliśmy na moment za Jowiszami, Peweksami, Atari, gumą turbo i napojem z woreczka. Ale chyba, po prawie czterech latach, zaczynamy mieć dość, już jakby nas trochę mdli cała ta duchologia jak oglądanie cudzych zdjęć z wakacji albo wyssana za szybko tubka czekoladowego, skondensowanego mleka.

Bo jak inaczej interpretować tę sytuację, gdy słucham i czytam o „Stancjach”, że są prozą pretekstową, chaotyczną, pełną zbędnych dygresji. Że autorka usiłuje zebrać (cytuję) „punkty za biedę” głównej bohaterki (to Miecznicka z Koftą) oraz jej płeć (wiadomo, dziewczynki zawsze miały gorzej). Ok, tylko – jeśli dobrze pamiętam – „Guguły” prezentowały ten sam zestaw elementów. Po prostu w 2014 wypadało to na plus.

To, za co „Stancje” dostają właśnie klapsy (m.in. w „Polityce” czy „Dwójce”), kilka sezonów temu osadziło „Guguły” w finale Nike jako prozę „niesłychanie sugestywną i literacko dojrzałą”.

Całość układa się w opowieść o rozgałęzieniach czasu – pisze dziś o „Stancjach” Sobolewska – o powracającej przeszłości miasta, bohaterki i wojennej przeszłości siostry przełożonej. Łatwo można wpaść z codzienności w jakąś odnogę i pomylić czas, w którym się żyje, stać się inną osobą. Ale im dalej, tym silniejsze wrażenie nadmiaru i rozpadania się opowieści na osobne, niełączące się historie.

Trzy lata temu krytyczka „Polityki” tego poczucia nadmiaru i pretensji do dygresyjności nie zdradzała:

Grzegorzewska tworzy świat pełny, zmysłowy, bardzo prawdziwa jest ta dorastająca dziewczynka i inne postaci, podobnie jak odtworzone (czasem z humorem) wiejskie gadanie i zwyczaje.

Dalej: brak czułostkowości i sentymentalizmu, który chwalili w „Gugułach” Nowacki i Sobolewska, dziś, według Miecznickiej (zresztą fanki „Gugułów”), sprawia, bohaterka Grzegorzewskiej jest nieautentyczna i nieprzekonująca, papierowa. Znamienne, że głównym zarzutem krytyków „Dwójki” wobec „Stancji” jest po prostu… „brak świeżości”.

 

*

 

Stancje Wioletta GrzegorzewskaZ perspektywy czasu mam wrażenie, że najlepiej Grzegorzewską czytał jednak Nowacki, wskazując, że autorka „Gugułów” mocno „archaizuje świat, o którym opowiada; rzec by trzeba: etnograficznie go deformuje czy raczej podkręca”. Za bardzo to wszystko literackie, pisał krytyk „Wyborczej”, zrodzone z zapatrzenia w realizm magiczny w guście Marqueza. „Wszystko tutaj jest jak gdyby o sto lat starsze.”

„Stancje” zdają się patrzeć na Hektary z jeszcze większego oddalenia, które umożliwia ich „podkręcenie” już na maksa. Nie bez przyczyny spajającą fabułę postacią powieści, pretekstem do trzymania się kolejnych, dziwnych, częstochowskich stancji, jest Pan Kamil. To jego „spojrzenie” w dużej mierze formatuje (deformuje) świat Wiolki. Oboje zresztą patrzą na siebie kliszami, co ostatecznie przynosi klęskę ich relacji. Ale spojrzenie Kamila rzutuje dość mocno na to, jak Grzegorzewska swoją bohaterkę prezentuje – weźmy np. obraz umazanej farbą dziewuszki kąpiącej się na podwórzu w misce wody – czysty Chełmoński. To „malarsko skondensowane obrazy, ponadrealne, przeniknięte światłem, nie udające, że zaistniały poza okiem”, pisze Nameste.

Kamil, esteta, etnograf-amator, czaił się w oku Grzegorzeskiej już w „Gugułach”. Oczywiście, quasi-realistyczne czy ponadrealne obrazki z wiejskiego i miejskiego (ale zawsze jednak prowincjonalnego) życia są w książce Grzegorzewskiej niezaprzeczalnie piękne, odurzająco zmysłowe. Upajające jak wciągany z rękawa butapren. I równie zwodnicze. A zdaje się, że tolerancja na uwodzenie właśnie się kończy. Kolejne małe, wiejsko-pochówkowe prozy, trochę komiczne, a trochę smutne, pachnące butwiejącymi liśćmi i kardamonem, już po prostu nie przejdą. Hellooo! Kumulacja rozbita.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz