Książki

Rozmowa przez ocean

31 sierpnia 2017
bigger-splash-negative

Dawno nie czytałam powieści, która byłaby tak dobrze napisana a ostatecznie – nieudana. Nie podzielam srogości redaktora Szota i oszczędziłabym nawet początek „Linii świata” (po zerwaniu okładki), ale finał nowej książki Gretkowskiej wymaga już tak głębokiego wglądu (nie wiem, które ze słów wziąć w cudzysłów), że wywołuje we mnie lekką panikę.

Lato jeszcze trwa, jest całkiem miło, nie chcę panikować. „Na linii świata” ma świetnie przeprowadzoną przez ocean, wartką akcję, atrakcyjnych młodych bohaterów i ten futurystyczny spleen, który sprawia, że fantazjujemy o chińszczyźnie u boku Ricka Deckarda. I w sumie to całkiem spoko przed nowym „Blade Runnerem”.

Zanim jednak wjedziemy błękitną teslą w Kalifornię, kwantowe komputery i apokalipsę, Gretkowska pięknie maluje surowy krajobraz rodzinnej wsi głównej bohaterki, Nataszy. I tym fragmentom (proszę mnie nie bić) bardzo blisko do „Po trochu” Weroniki Gogoli czy „Sztuczek” Joanny Lech. Tudzież innych małych próz pochówkowych.

Równie przejmująco wypadają w tej części portrety bliskich – dziadka Nataszy, zarabiającego wożeniem (konno) sąsiedzkich telefonów na górę, bo we wsi, w dolinie, nie ma zasięgu i SMS-y nie schodzą, czy miejscowego fryzjera Zbyszka, autorytetu kryminalnego, najlepszej partii we wsi.

Przyjechał narzeczony. Ciotka wyjęła z kieszeni ułomek szminki, maznęła nią po ustach. Fryzjer przywiózł kwiaty, odwijał je z papieru. Natasza sądziła, że dla ciotki, która pisnęła z wdzięczności. Plastikowe goździki, wplecione w wieniec bez szarfy, położyła na stole. Był już komplet z trumiennymi butami. (…)
Usiadła na łóżku dziadka. Założyła kurtkę, ziąb większy niż przed domem. Myślała o padającym za oknem śniegu z deszczem. Mógłby padać tu, nad łóżkiem. Dziadek i tak już stygł, miał zimne ręce, szarą twarz. W stajni koń oddychał parą. Natasza przypomniała sobie jego pysk w kagańcu z doniczki. Dziadek przedziurawił donicę po różach babci, przeciągnął pasek. Koń uszczypnął małą Natkę, bała się wchodzić do stajni.
Ciotka z narzeczonym cicho się modlili. Szeptali coś, kasłali i wracali do litanii.

Gorzej czyta się już „partie miejskie”: satyrę na środowisko feministyczne i akademię. Scena z uwodzącą Nataszę profesorką wygląda jak wycięta z „Costello” Liliany Hermetz. I w tym wypadku nie jest to już komplement.

Gretkowska Na linii świata ZnakNierówno jest także po drugiej stronie oceanu, na kalifornijskich pagórkach. Gretkowska buduje tę przestrzeń swojsko, z bardzo klasycznych obrazków, wywołując złudzenie amerykańskiej sielanki, którą potem wysadza w powietrze. Puszcza przy tym oko do czytelnika, wtykając tu i ówdzie nawiązania a to do Rotha (ojcowskie problemy z wypróżnieniem), a to do Hockneya (charakterystyczne sceny znad basenu Zoloftera). A gdybym była mądrzejsza i czytała „Atlas zbuntowany” Ayn Rand, to myślę, że zobaczyłabym jeszcze jakieś trzecie mrugnięcie.

Na tym tle, obok całkiem fajnie poprowadzonych, pełnokrwistych postaci jak Tom (cierpiący na zaparcia geniusz z Doliny Krzemowej), Uma (jego była żona, niuejdżowa, sympatyczna świruska), Simone i Enzo (francusko-meksykańskie małżeństwo), pojawiają się hologramowe pacynki w stylu Petera. Moment, w którym Gretkowska wpuszcza nas w strumień jego świadomości jest co najmniej niepokojący – infantylny przystojniak ma zadatki na niezłego psychopatę. Dlatego zupełnie nie wierzę w romansowy wątek pomiędzy nim a Nataszą, na którym zbudowana jest ostatnia część powieści. Dla mnie „Na linii świata” kończy się zjawiskową kraksą błyszczących elektryków na 7 N Route.

*

Podsumowując: „Na linii świata” Gretkowskiej przypomina mi kalifornijski park rozrywki, w którym ktoś między kolejką górską a gabinetem luster postanowił nagle zbudować białe miasteczko, by – psując całą zabawę – zaprotestować naraz przeciwko seksizmowi, kapitalizmowi, uwstecznieniu, brzydocie polskiej prowincji i pandemicznej głupocie. Radykalna profuzja, przeżarcie – poproszę o miętowy opłatek. Panaceum Gretkowskiej? „Oddychali oboje światłem. Rozmawiali bez słów i bez słów się rozumieli: od miłości zależy podtrzymanie kształtu świata”. Już. Koniec.

Fot. David Hockney, A Bigger Splash, 1976, Tate / Negatyw

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz