Książki

Styl to treść! O złudzeniach Lucy Barton („Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout)

4 kwietnia 2017
Elizabeth Strout Mam na imię Lucy

Spotkanie z Lucy Barton podgrzało moje uczucia do blogosfery, która odważyła się na samodzielność myślową i – wbrew lansowanym w mediach opiniom – dojrzała (chociażby tu i tu), że król jest nagi. Okrzyknięta przez dziennikarzy „Wyborczej” wydarzeniem roku, swoistym must have minionego sezonu, powieść Elizabeth Strout „Mam na imię Lucy” to literatura przeciętna. Nie dość, że trudno zgodzić się z czymkolwiek, co recenzenci tak pięknie w laudacjach wypunktowali, a do czego ta książka jedynie aspiruje, to na domiar złego jest to powieść niespecjalna, płaska (znamienne, że brak literackiego polotu zastąpiony został w omówieniach książki uprzedzającymi możliwe wątpliwości czytelnika epitetami: kameralna, minimalistyczna etc.).

W warstwie fabularnej „Mam na imię Lucy” to epizodyczna opowieść o życiu pewnej amerykanki z literackimi ambicjami. Bohaterka, wychowana w biednej rodzinie gdzieś na dalekiej prowincji, dzięki miłości do książek i stypendium, które uzyskuje (pilnie się uczy, bo w przeciwieństwie do garażu, w którym mieszka, klasa, w której przesiaduje, by odrabiać lekcje – jest ogrzewana), kończy studia, wychodzi za mąż i wyjeżdża do NYC, gdzie stawia swoje pierwsze kroki jako autorka opowiadań. Gdy już jako matka nastoletnich prawie córek ląduje w szpitalu, ni stąd ni zowąd (od czasu, gdy Lucy pojawiła się w domu, by przedstawić swojego narzeczonego, nie ma z rodziną kontaktu) pojawia się u niej na pięciodniowych odwiedzinach cierpiąca bezsenność matka, z którą Lucy (mimo doznanych w dzieciństwie krzywd i jakby na przekór nim) żywo i chętnie, jakby nigdy nic, plotkuje o starych znajomych. Czuwanie przy łóżku jest pretekstem do przywoływania wspomnień, co sprawia, że książka Strout to także opowieść w opowieści. Historia, którą poznajemy (ta, która toczy się w szpitalu), pisana jest z perspektywy czasu („Kiedyś, dawno temu…”) a wszystkie wydarzenia są jedynie wspomnieniem dojrzałej kobiety (matki już dorosłych córek).

Pomijając wszelkie fabularne niejasności i zgrzyty (9-tygodniowy pobyt w szpitalu po operacji usunięcia wyrostka robaczkowego) czy psychologiczne niekonsekwencje opisanych zdarzeń (mało wiarygodny, uproszczony i naiwny obraz relacji z matką), Strout ledwie muska tematy, które chciałaby zgłębić. I zbiera za to od bezkrytycznych recenzentów burze oklasków (ach, cóż za kameralny minimalizm!).

To opowieść o kimś zepchniętym na dno, kto – za sprawą wewnętrznej siły, ale też napotkanych po drodze ludzi – buduje w sobie poczucie godności, niezbędne, by mógł się stać etycznym człowiekiem i pełnowartościowym członkiem wspólnoty – pisze Juliusz Kurkiewicz. Tytułowa bohaterka, jedna z najpiękniejszych (?!) we współczesnej literaturze, ucieleśnia odmowę poddania się terrorowi wstydu, który wypycha doświadczenie „innych”, wykluczonych, kobiet, gejów, poza pole widzenia zadowolonego z siebie społeczeństwa.

Elizabeth Strout Mam na imię LucyTo co Kurkiewicz nazywa budowaniem w sobie poczucia godności za sprawą wewnętrznej siły, ja odbieram jako zwykłe wyparcie. Bezpieczną ucieczkę od zmierzenia się z problemem albo brak sił i gotowości do jego rozpoznania. Lucy całe życie ratuje się przed zafundowanym jej przez los poczuciem osamotnienia (nic dziwnego), ale sposób, w jaki to robi, momentami robi się (przynajmniej dla mnie jako czytelniczki) nieznośny. Barton gładko usprawiedliwia wszystko, co jej się w życiu przydarzyło – nie pozwala matce nawet poddać w wątpliwość faktu, że mogli z ojcem okazać jej i jej rodzeństwu odrobinę szacunku i uwagi. Pełna jest współczucia, z którym jednak niewiele potrafi zrobić. To współczucie nie daje jej siły, by o bycie równorzędnym członkiem jakiejkolwiek wspólnoty walczyć. Lucy zawsze tylko aspiruje – w takiej roli widzi siebie i w relacji z przyjacielem Jeremym (chwali się matce jego pochodzeniem), i gdy opowiada o sytuacji na wernisażu, na który idzie źle ubrana, i kiedy publikuje pierwsze teksty (takie tam, opowiadania, nic szczególnego). Nie dopuszcza do siebie złości. Nie ma pretensji. Zauważa wykluczonych i opowiada się wewnętrznie po ich stronie, ale robi to głównie z tęsknoty. Lucy głodna jest wszelkich przejawów akceptacji, miłości, uwagi. Nawet umierającym na AIDS mężczyznom zazdrości poczucia przynależności do wspólnoty (niechby i tych pogardzanych i wykluczonych – mają przynajmniej siebie wzajemnie!). Lucy obce jest poczucie autentycznej przynależności.

Bohaterka Strout nie ucieleśnia też żadnej odmowy poddania się terrorowi wstydu. Podczas lektury miałam raczej wrażenie, że ona jest na emocje po prostu zamknięta. Spragniona miłości i akceptacji, głównie bogatych, eleganckich mężczyzn (malarz, sąsiad Jeremy, lekarz). Lucy, którą poznajemy, potrzebuje do szczęścia raczej opiekuńczego, troskliwego doktora, który położy jej na czole swoją dużą, ciepłą dłoń, traktując jak małą dziewczynkę, niż partnera. Barton, która jako dziecko niewiele dostała, na niewiele zasługiwała, nigdy nie nauczyła się przyjmować – dlatego odmawia matce (a więc i sama przed sobą) uznania własnej krzywdy, wszelkiego współczucia. Z drugiej strony – zakochuje się w każdym człowieku, który okaże jej choć odrobinę przyzwoitości. To nie jest żadne bohaterstwo. To jest powód, dla którego ludzie chodzą na terapię.

Ten problem pojawia się zresztą nie tylko w relacji matka-córka, ale również szerzej, na planie historycznym. Strout pisze o trudnej historii Stanów (wyrżnięciu Indian), o wojnie, podczas której ojciec Lucy zabija dwóch młodych, niewinnych chłopców. Nigdy z nim o tym nie rozmawia. O takich rzeczach mężczyźni nie rozmawiają, podsumowuje matka. Czy Strout chce nam przez to powiedzieć, że powinniśmy uznać nierozwiązywalność traumy? Ten temat w ciekawy sposób ujawnia się w epizodzie z przedstawioną w krzywym zwierciadle w powieści terapeutką. Dla mnie ta sytuacja mówi wprost – na naszą tożsamość składają się traumy, których nie pozwalamy dotknąć, których dotknąć się nie da. Dotknięcie jest jednoznacznym przejawem wyższości tego, który dotyka. Próbą przejęcia władzy, pragnieniem dominacji. Czyżby?

*

Temat współczucia w ogóle jest w książce kluczowy. I nie tylko na planie fabularnym, także metanarracyjnym. O pojawiającym się w powieści oskarżeniu wobec Sarah Payne – pisarki i mistrzyni Lucy, jej nauczycielki – fakt, iż nie potrafi się w swoim pisarstwie obejść bez „łzawego współczucia”, można spokojnie mówić w kontekście Strout.

Jest w książce taka scena, w której, jak opisuje to Jarniewicz, pewien krytyk, chwaląc protekcjonalnie Payne za oczywisty talent, zaznacza jednocześnie, że jest coś, co go „odrzuca” od jej pisania: to, że nie potrafi się ona powstrzymać od „łzawego współczucia”. Z tą opinią, wyrażoną przez literacki autorytet wzmocniony uprzywilejowaną pozycją mężczyzny, kłóci się odczucie narratorki, że powieści Payne są dla niej ważne, bo „próbują przekazać jakąś prawdę”. To scena, w której widać, jak rozchodzą się języki krytyki, jak odmienne mogą być oczekiwania wobec literatury formułowane przez mężczyzn i przez kobiety (?!) oraz jak łatwo te pierwsze, w kostiumie prawd uniwersalnych, mogą zdominować te drugie.

Wow! Ciekawe założenie… Właściwie to nawet dość (delikatnie mówiąc) niezręczne. Jeśli, wedle Jarniewicza, kobiety oczekują od literatury „łzawego współczucia”, to nie wiem, gdzie powinnam się w tym dyskursie podziać. Nie wchodząc w dyskusję z tą dziwaczną tezą, cała wyżej przywołana scena przeczy w ogóle samym wyznacznikom dobrego pisarstwa, które Payne przekazuje przecież swoim uczniom podczas opisywanego przez Strout kursu creative writing! Payne przestrzega w nim, by nikomu (żadnemu ze swoich bohaterów) nie współczuć, tzn. by nie opowiadać się podczas pisania po żadnej ze stron. I, trzeba to jasno powiedzieć, powieści Strout ta „bezstronność” w próbie opisu bohaterów jednak nie służy – odbiera wewnętrznemu monologowi bohaterki wiarygodność.

Kim więc jest Lucy Barton i dlaczego jej historia ma być dla nas tak istotna jak chcą tego Jarniewicz i Kurkiewicz? Dla mnie bohaterka Strout to zagubiona, emocjonalnie niedojrzała kobieta z deficytem (szczególnie męskiej) uwagi, napiętnowana koniecznością życia z uczuciem niezbywalnego osamotnienia. Poszukująca ciepłej klasy, by odrobić swoje lekcje. Tak, współczuję jej. Ale nie dostrzegam w tym żadnego piękna.

*

Tyle o bohaterce, chwyćmy się jeszcze drugiego haka podsuwanego przez autorkę – prowadzonej równolegle metarracji.

Strout chodzi o moc opowieści, o siłę literatury, która pozwala nam wejść na moment w cudzą skórępisze w swojej laudacji na łamach „Książek” Kurkiewicz.

No dobra, zawarta u Strout prawda o tym, że to opowieść, narracja utrzymuje relacje i że relacje międzyludzkie zależą właśnie od trwania opowieści jest oczywiście ciekawa. Można ją jednak oddać w sposób o niebo lepszy, głębszy i bardziej złożony, co robi choćby (przykład z moich ostatnich lektur) w swojej powieści „Eden Plaza” Dagmar Leupold (jej fragmenty prezentowane są akurat w najnowszym numerze „Literatury na Świecie” 1-2/2017).

Dagmar Leupold dynamikę relacji pokazuje nie tylko na przykładzie wybranych rozmów z życia swoich bohaterów (cała powieść jest zresztą w pewnym sensie rozmową), głównie takich reprezentujących związki damsko-męskie, ale idzie o wiele głębiej, wchodzi w tkankę języka (niemieckiego), dobija się do słów, obgryza je do kości. Pisze nie tylko o samej narracji, która tworzy relacje, pokazuje też, w jaki sposób narracja (głównie narracja miłosna) określa człowieka i jak potrafi zmienić (dosłownie) jego skórę (jak chce Kurkiewicz). U Leupold znajdziemy przy tym między wierszami genialne odwołanie do mitu o Dafne, która pod wpływem uczucia Apollina zamienia się w drzewo, niezwykle ożywczą jego interpretację (nie chcę mówić nic więcej – w „LnŚ” zaraz za fragmentem powieści jest świetny tekst Kopackiego, tłumacza Leupold, który wyjątkowo subtelnie i wnikliwie o książce pisze).

To, co pokazuje nam Elizabeth Strout w „Mam na imię Lucy” da się streścić i zrecenzować jednym akapitem z Leupold, który brzmi tak:

Trudno mieć pretensje do miłości o to, że jest kreatywna – o tym jednak, że czasem wręcz wymyśla ukochanego partnera i na swój sposób budzi tym samym pozór pełnej harmonii, która, jak się wydaje, w imię miłości zastrzega się przeciwko ujawnieniu, przekonałam się ze zdumieniem po ponad dziesięcioleciu małżeństwa. Trompe-l’œil uczuć. Wychwala się przestrzeń, która się otwiera, choć wcale jej nie ma. Imponująca euforia: miraże, w przeciwieństwie do aktów poznania, nie mają granic.

Lucy nam tę swoją matkę po prostu zmyśla.

*

I jeszcze coś. „Mam na imię Lucy” to powieść na nasze czasy, czasy, w których rosną ekonomiczne przepaści, frustracja, gniew – wieszczy Kurkiewicz. Czytając to wracam myślami do postulatów Elizy Orzeszkowej z jej „Uwag nad powieścią” (zawarte w jej tekście żądania ostatnio zresztą dość często korespondują z tęsknotami naszych czołowych recenzentów). A tymczasem Styl to treść! – jak wykrzykuje swojemu kochankowi w jednej ze scen powieści młoda Lucy. I tego się trzymajmy.

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz