Książki

Ugotowałam to wszystko, bo jestem dorosła. Małkowska vs Masłowska

19 sierpnia 2015
dziewczyny-ugotowalam-to-bo-jestem-dorosla

Nie jemy na poważnie. Być może do procesu nabywania produktów i półproduktów spożywczych podchodzimy jeszcze rzetelnie, o ile nie nabożnie, ale już żmudne i czasochłonne procesy obierania, krojenia, filetowania, łuskania, oparzania, osalania czy obtaczania wywołują w nas co najmniej niewinny chichot niedowierzania, nastrój zmieszania a nawet – w cięższych przypadkach – konsternację.

Nie jemy na poważnie. Być może rozmarynowy comber w limonkowym sosie z kaparów na tłuczonych batatach wydobywa z nas impulsywne natchnienie fotografów, łakomstwo rzutkich copywriterów, nowatorskie koncepcje kadrotagowania. Ale już surowe płaty mięsa z klawiaturą żeber, tudzież wodorosty jarzyn niby zabite głowonogi wzbudzają co najmniej popłoch, jeśli nie awersję, zgorszenie lub, przynajmniej, prozaiczną niechęć.

Zwykle akceptujemy dwa etapy procesu jedzenia. Te, które mają związek z konsumpcją. Nabywanie i spożywanie. To, co dzieje się przed i po obieraniu, krojeniu, filetowaniu, łuskaniu, oparzaniu, osalaniu oraz obtaczaniu. Kręcą nas jeszcze wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym rozrzucone niedbale wśród starych, pokrytych patyną sztućców, wysłużonych, spękanych desek, ściereczek w kratkę by Jamie Olivier, na drewnianych nieoheblowanych stołach, pod bukietami polnych kwiatów w towarzystwie doskonałego manicure będącego nośnikiem jakiejś niby-ludzkiej obecności.

A zaraz potem – jeszcze gorące, dymiące, pełne i nasycone, nie skonsumowane, co najwyżej nadgryzione, napoczęte, uszczknięte. Seksowne. Lekko rozchylone pokrywki. Na wpół otwarte wino. Mgnienie parmezanu. Powiew kolendry. Okruszki. Ten moment, gdy siadamy do sobotniego śniadania w promieniach sopockiego słońca z najnowszym numerem Harprer’s Bazaar. Mały łaciaty terier leży grzecznie na pełnym świec i ziół balkonie, nowe kosmetyki na toaletce, a gdzieś tam, z umieszczonego na odrestaurowanej skrzynce po jabłkach Maca, miło szumi Spotify.

Z jedzenia pozostało nam „przed” i „po”. W jedzeniu zaszył się sentymentalny czar programów o brzydkich kaczątkach, które wychodzą nagle z atelier Sablewskiej w roli księżniczek. W jedzeniu jest czułość dra Szczyta, dzięki której cycki bezboleśnie zyskują dwa rozmiary, jędrność i łzy w oczach męża. Godziny czesania, malowania, przebierania lub – odpowiednio – wypychania, odciągania, odsączania i gojenia nie są już przeznaczone dla naszych oczu. Te skrawki i surówki nadawałyby się co najwyżej do zmontowania czegoś w stylu nowego Sleep lub, lepiej, Blow Job.

To, co pomiędzy, ten surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym  i jałowym, cała ta potencjalność, dzianie się, mniej nas wzruszają. Brud rąk obtoczonych w kruchym cieście, wycinane z mięsa żyłki i ścięgna, wnętrza patroszonych ryb i ich oczy, sterty zachlapanych garów, metry kwadratowe tłustych blatów – wszystko to (o ile nie wystąpi w towarzystwie seksownych przedramion Jamiego, Karola bądź Pascala) schodzi do (vlogerskiego?) podziemia, staje się milczeniem lifestylowych blogerek i starych ciotek.

Bigos tradycyjny w krążkach

Skoro nie jemy na poważnie, to również trwająca całe stulecia idea proszonych obiadów odchodzi nieoczekiwanie w zapomnienie. A przynajmniej jest w okresie przepoczwarzania, stała się pastiszem, wspomnieniem, grą. Zaprosić koleżeństwo na imieninową obiadokolację, to trochę tak, jakby nagle i jednocześnie zapuścić wąsy, zrobić trwałą, pomalować oko na niebiesko i obejrzeć Kogel-mogel w TV Polonia.

Nie biorę tu pod uwagę rozbuchanych eventów w stylu biesiadnym, typu grill na działkach z przywleczonego asortymentu Biedronki. To żyje. Kulinarny Fight Club naszych czasów. Ale, heloł, jak się to ma do tego, co widać na naszej fotografii rodzinnej anno domini 1986?

Idea pichcenia od bladego świtu barszczyku i bigosiku, nacierania wieprzowych łopatek, namaczania fasoli jaś, tarcia chrzanu, tudzież trzykrotnego mielenia sera (ach, maszynki do mielenia!) starzeje się i znika wraz z pokoleniem Katarzyny Solskiej. Nie gotujemy już martyrologicznie dwunastu dań, by móc okazać gościom, niczym trofea, odciski na spracowanych ucieraniem ciast i tarciem buraków dłoni czy zebrać pełne podziwu spojrzenia żon kolegów z pracy i dalekich kuzynek. A na deser i zachętę do mycia garów – klaps (w occie i po tyłku od męża).

Dziś raczej od niechcenia wyrzucamy spod noża okrągłe rolki uramaki. Gdzieś pod wysokim niebem naszych loftów unosi się anyżowy aromat zupy pho, gotowanej w przerwie między festiwalami i żaglami. Niespiesznie drepczemy na Przystanek Śniadanie, po czym udaje nam się skrzyknąć na fejsie wielorodzinne piknikowanie przy organicznym weku. A wieczorem chrupniemy sandwicha na chlebku z Charlotte. Bawimy się. Bawimy się (z)jedzeniem. W domu, w pracy, w telewizji.

Kulinaria odwzorowują naszą schizofrenię – z jednej strony reprezentują kulturę wyrzeczeń, ograniczenia (weganizm, frutarianizm, raw i gluten free), a z drugiej – przesytu (zapłać 29,99 i jedz, ile chcesz). Freeganie żyją obok allinclusowiczów. Kebaby otwierają się obok kimcharni. W czasie gdy jedni pochylają się z namysłem nad kawałkiem zwiędniętej papryki, by po trzech zdrowaśkach w piecu wydobyć z niej ducha ljutenicy lub pindżur, inni z rozmachem w wielkopańskim geście rzygają krwistym wołem. Co tam pindżur… Niektórzy z wnętrza pieczonej dyni specjalnej odmiany wyskrobują miąższ, z którego rzeźbią cienkie nitki spaghetti albo przez sto minut gotują jajko w 50 stopniach, albo… Ups, upuściłem cytrynową tartę!

Zgadzam się z Masłowską – jedzenie stało się trochę zjawiskiem z kategorii „kaprys” i „rzeźba”… To co, jeszcze tylko mały miętowy listeczek…?

Za czymś mi tak żal

„Życie na przekąskę” Moniki Małkowskiej jest zapisem mniej więcej tych lat, za którymi w swoich felietonach tęskni Masłowska. Handel badziewiem, surowe mięso na straganach, barobusy i banany, w telewizji „Dynastia”, na deser cukier waniliowy z ręki. Doświadczeniem Głodu i Przełomu. Namysłem nad możliwościami selera i kostki rybnej głęboko mrożonej w towarzystwie smaczliwki. Wspomnieniem czasów, w których książki kucharskie były niekompatybilne z realiami (nota bene dzisiaj też już bywają). Czasów, w których organoleptyczna przygoda z młodym kalafiorem w beszamelu była równie warta zapisania co recenzja wernisażu. Czasów, w których ryż do wołowiny po burmańsku dochodził sobie spokojnie pod kocykiem na tapczanie.

Masłowska postuluje, by życie wróciło nareszcie do swoich elementarnych, cudownie sensownych sensów. Do bułki z serem jedzonej po powrocie z lasu. Zabawne, obie z Małkowską, na przestrzeni trzech dzielących je dekad kombinują, jak jeść normalnie. Jedna z perspektywy pustki, druga – przesytu.

Masłowska, raźniej niż Magda Gessler i Ewa Kopacz razem wzięte, wlecze nas przez cały kraj Warsem, zaglądając do barów, zajazdów, smażalni i domów prywatnych. W jej felietonach odnajdujemy tuzin przepisów na Polskę. Na odczarowanie wspomnień. Na zaczarowanie widoku za oknem. Znajdziemy u niej smaki utracone i odzyskane. Smaki codzienne i takie, które nigdy nie istniały. A wszystko to udekorowane sflaczałymi balonami i liśćmi zgniłych kwiatów. Jak to u niej.

Małkowska jest na poważnie. Z dnia na dzień, u boku męża, walczy o zachowanie kulinarnej przyzwoitości i zadowolenie kubków smakowych, wyciskając z dostępnych produktów, ile tylko się da. „Życie na przekąskę” to zapis niepodkolorowany, reporterski, pełen znoju pamiętnik wspinania się na wyżyny kulinarnej sztuki. Zapis dzielnego skrobania firmowej panierki, spod której da się jeszcze uratować to, co można zjeść.

Masłowska próbuje nam zaszczepić ideę prostych smaków przekonując, że tylko w zetknięciu z wodą, ziemią i ogniem, odzyskujemy sensowność, godność, pion. Małkowska pion ten również próbuje zachować. Mimo tego, że czasem w jej lodówce hula tylko jeden żywioł… Powietrze.

dziewczyny-ugotowalam-to-bo-jestem-dorosla-2

Widzieliście ten odcinek trzeciego sezonu „Dziewczyn”, w którym Marnie urządza przyjęcie w domu na Long Island? Wieczór szczerości i wybaczania? Taki był jej poważny (Marnie jest poważna), dorosły (ale nie dorosła) zamysł, ale przypadkowe spotkanie Hanny z Elijahem pod sklepem spożywczym prowadzi nieoczekiwanie do totalnego rozbicia jej rygorystycznego planu. Elegancki wieczór u cioteczki przeradza się w pokręcone bailando przy dźwiękach „Fuck You Song”.

I siedząc tak sobie po niedzielnym obiadku z Małkowską i Masłowską przed telewizorem myślę sobie, że dzisiaj jest właśnie mniej więcej tak, jak w tym odcinku „Dziewczyn”. Gdy na stół wjeżdża kaczka, do jadalni wpada nagle stado półnagich, półpijanych tancerzy, którzy koniec końców i tak wrzucą cię w wieczorowej sukni do basenu. Innego końca świata nie będzie.

Bon Appetit!

 

90095134 zycie na przekaske ok.indd  Wecej_niz_mozesz_maslowska

Monika Małkowska, „Życie na przekąskę. Pustki w sklepach, pełnia w kulturze, czyli opowieści nie tylko z PRL”, Warszawa 2015
Dorota Masłowska, „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne”, Warszawa 2015

Fot. hbo.com/girls

Tu i ówdzie cytaty z Brunona Schulza

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz