Książki

Piękno w rozdartym lampionie. Ula Chwalba o „Pająkach pana Roberta”

18 listopada 2015
Urszula Chwalba, Pająki pana Roberta

Od początku byłam przekonana, że o tej książce będzie się mówić. Żyjemy w tak chaotycznym świecie, że bardzo potrzebujemy książek, które przywracają nam oddech, spokój. Żeby „Pająki pana Roberta” naprawdę poczuć, musisz się skupić, wyłączyć, odosobnić. I choć nie jest to książka łatwa, ja podczas jej lektury naprawdę odpoczywałam.

Czasem przeczytamy coś tak fajnego, że natychmiast mamy ochotę to przegadać, podzielić się wrażeniami. Najchętniej z kimś, kto miał już w rękach książkę, która panoszy nam się w głowie nie dając spokoju. Z tej prostej acz naglącej potrzeby zrodził się pomysł na rozmowę z Ulą, która do czytania „Pająków…” zaganiała mnie już od miesięcy.

Książeczka ta, jako się rzekło, jest donkiszotowską próbą przerzucenia kładki ponad rowem nieporozumień oddzielających świat przyrodników od świata humanistów. Kładka ma być przerzucona w miejscu, w którym ów rów zamieszkują pająki.

 

Monika: „Pająki pana Roberta” to książka inna niż wszystkie, dziwna, odrębna. Fakt, że jest książką eseistyczną, już na wstępie czyni ją złym snem wydawcy, zmorą działów promocji. A tu na dodatek, w tym śnie, straszą jeszcze pająki. I to nie jakieś wyjątkowe, egzotyczne, ale takie swojskie, najzwyklejsze, domowe.

Ula: Mówiłam Ci, że „Pająki” są czymś, co się w naszej literaturze nie zdarza. Ta książeczka to niesamowita historia na polskim rynku wydawniczym. Po pierwsze dlatego, że na nowo łączy dawno rozdzielone nauki – przyrodę i humanistykę. A po drugie ze względu na ryzyko wydawnicze, jakie ze sobą niesie… Wiesz, kto wydaje teraz książki o pająkach… To była odważna decyzja.

Monika: Decyzja, dzięki której trzymamy teraz w rękach dziewięć esejów arachnologicznych. Na stronach tej niewielkiej książeczki spotykamy co najmniej tuzin pająków, które tytułowy pan Robert znajduje nie tylko w swoim skromnym obejściu, ale też w dziełach Arystotelesa, Swammerdama, Malebranche’a, Brehma, Fabre’a i u wielu, wielu innych myślicieli, filozofów, przyrodników. I całe to pana Roberta (i nasze dzięki niemu) zgłębianie, studiowanie arachnologii przebiega sobie tu zgodnie z rytmem pór roku, tworząc elegancką kalendarzową klamrę.

Ula: Książka zaczyna i kończy się późną jesienią. Rozstajemy się z panem Robertem i jego pająkami mniej więcej w momencie, w którym teraz rozmawiamy, jakoś w okolicach listopada.

Monika: To dobry czas na tę książkę, bo pozwala spojrzeć na świat z perspektywy chyba panu Robertowi najbliższej. Ten jego świat („leśne pagóry”), choć geograficznie niedaleki miasta, jest jednak odległy od tego, w którym żyjemy na co dzień. To jest świat, który może się nam, rozpieszczonym mieszczuchom, wydać dosyć srogi. Pełen myszy, chłodu i niewygód. Przecież na te  leśne okoliczności byśmy się zżymali. A pan Robert je po prostu przyjmuje, żyje w swojej chatce w pełnej symbiozie z całą rzeszą małych współlokatorów i ze stoickim spokojem podchodzi do wszelkich okoliczności przyrody.

Pewnego razu, a dokładniej pod koniec pewnej jesieni, pan Robert wprowadził się do starej drewnianej chatki stojącej na leśnych pagórach. Zamieszkiwały ją wówczas – i to dość tłumnie – myszki, czyniąc, ma się rozumieć, niemały w niej nieporządek. Żeby opisać ową tłumność, dość będzie powiedzieć, że pierwszego wieczoru, nie rozpakowawszy się jeszcze całkowicie, pan Robert wsypał do miseczki na kuchennym stole pół kilo orzechów laskowych, które następnego ranka znalazł wszystkie w swojej podróżnej torbie (…) Świadkiem owych spektakularnych transmisji był bawiący z przyjacielską wizytą pan Michał. Obaj panowie słyszeli, jak w ciągu nocy orzeszki są turlane pod podłodze bądź spadają na podłogę z wysokości stołu. W wyobraźni pana Michała, zapalonego sportsmena w stylu angielskim, zjawisko to wywoływało obraz myszek grających w golfa.

Ula: To jest właśnie to, co mi się w tej książce bardzo spodobało, co mnie ujęło. Sposób, w jaki pan Robert opisuje świat, w jaki pisze o tych swoich zwierzątkach, pająkach. Jest w tym mnóstwo czułości i uważności, prawda? Ale nieprzesadnej, bo pan Robert cały czas zachowuje bezpieczny, zdrowy dystans.

Monika: Tak, zauważ, że on tych pająków nie antropomorfizuje. Jego obserwacja, język, jakim relacjonuje swoje lektury i wrażenia jest czuły, ale nie zagarniający. Te eseje charakteryzuje niezwykła, niewymuszona elegancja, takt.

Ula: Ja dotąd nigdy nie myślałam o owadach w taki sposób. Trzeba przyznać, że Pucek wyrywa czytelnika z rutyny. Sposób, w jaki on pisze, otworzył przede mną jakiś nowy horyzont poznawczy.

Gdy pan Robert podziwia piękno pawich skrzydeł, na których brakuje już niektórych łusek niczym dachówek porwanych z dachu starego domu przez nawałnicę, przychodzi mu do głowy, że to jest to samo piękno, które dawni Japończycy dostrzegali w wyszczerbionej czarce do herbaty bądź w rozdartym lampionie.

Monika: A wiesz, co ja w tym widzę? W tej zadumie nad płatkami śniegu, nad pięknem pawich skrzydeł? To jest haikai. Pan Robert jest jak poeta haiku – cierpliwy i pokorny, a jednocześnie pełen empatii w stosunku do zjawisk, których na co dzień nie zauważamy.

Ula: Pucek razem z tymi pająkami przywraca literaturze bohaterów wykluczonych, zapomnianych, niezauważanych.

Monika: Robi coś takiego, co Marek Bieńczyk w swoich książkach, gdy opisuje twarze, jakieś drobne gesty, całą tę „przezroczystość”… Ale wróćmy do czułości. Zastanawiam się, skąd ona wypływa. Pan Robert streszcza nam przecież szesnastowieczne traktaty. Niesamowite, jak to się dzieje, że te streszczenia, niezliczone cytaty obudowane codzienną obserwacją banalnych zjawisk wzbudzają nagle naszą czułość. Czy te księgi inaczej opisywały świat? Czy to świat przefiltrowany przez język pana Roberta taki jest?

Ula: Najważniejszy w tej książce jest właśnie język, to, jak buduje historię. Książka jest pełna pięknie utkanych zdań. One są jej ogromnym atutem. Choć język Pucka nie jest wyrafinowany, skomplikowany. Wbrew pozorom on jest bardzo prosty.

Monika: Prosty, ale jak już mówiłyśmy, jednocześnie bardzo elegancki, kunsztowny. Taki pajęczy właśnie.

Ula: A do tego zmysłowy. Przecież wszystkie te opisy odwołują się do naszych zmysłów.

Jest piękny i słoneczny dzień wiosenny. (…) Łagodnie oślepiające słońce, ogromna przyjemność. Przez ostatnich kilka dni powiewy ciepłego wiatru wydmuchiwały spod suchych liści i zmierzwionych traw ugorów maleńkie pajączki, a także żółciutkie cytrynki, które, jak co roku pierwsze pojawiły się ponad łąkami. Z wietrzonych chałup wychodzą rozespane pawie oczka. Zieleń pokonała szarość, podobnie jak szarość wcześniej pokonała biel.

 

Monika: A pomyślałaś, że można odebrać ten język jako manifest? Zgodzisz się, że Pucek z jego pomocą ustawia siebie w opozycji do współczesnej prozy? Wiesz, mówienie uważnym, czułym językiem narzuca poniekąd czytelnikowi taki odbiór świata. A język „Pająków…” bardzo różni się od tego, którym się teraz pisze. Najnowsza proza opisuje świat językiem zimnym, zobojętniałym, brutalnym.

Ula: I ekstremalnym.

Monika: Takim, który mieli nam rzeczywistość. Przerabia na wiór, tekturę. A do tego chorobliwie wręcz skupia na sobie. Nie spotyka się już prawie w światach przedstawionych bohatera, który patrzy i próbuje jakoś sobie tę rzeczywistość spójnie ułożyć, uwewnętrznić. On za wszelką cenę „uzewnętrznia się” do świata… Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja… A pana Roberta jest tu bardzo mało. Jak mówisz, tka sobie tę swoją opowieść bardzo oszczędnie, ale jednocześnie w sposób niezwykle wyrafinowany.

Ula: Z dystansem. Tak trochę swojsko, ale z godnością. Ta książka przypomina mi zresztą książkę innego nominowanego do tegorocznej Nagrody Conrada – „Zawsze jest dzisiaj” Michała Cichego. To też nieduża, licząca około 70 stron książeczka, która w podobny sposób dotyka szczegółu, detalu. Tyle że w przestrzeni miejskiej. I muszę przyznać, że w odróżnieniu od wielu książek, które ostatnio czytałam, które mnie porywały akcją, od których nie mogłam się oderwać, te są takimi dziwnymi książkami, które robią poniekąd to samo, ale w sposób zupełnie inny, uspokajający. Wyciszyłam się.

Monika: Ale wbrew pozorom życie pająków wcale nie jest takie spokojne, sielskie.

Ula: Nie jest sielskie, jest okrutne!

Monika: Ta książka pełna jest przecież przemocy i seksu.

Ula: Każdy rozdział opisuje narodziny, kopulację i śmierć jakiegoś gatunku. Czasem te sfery się przenikają – samica zjada samca podczas kopulacji albo młode pożerają swoją matkę niedługo po narodzinach. Piękne są te „protokoły alkowiane”!

Monika: Jest dla mnie w tej książce taki kluczowy fragment – przywołanie cytatu z niejakiego Fulcanelliego, a idzie to tak: „Czyż dusza nasza nie jest pająkiem, który tka nasze ciało?”. Czytając to zastanawiałam się, w jakim świetle ustawia nam to zdanie cały ten utwór? Czy jest jakiś duch w świecie pana Roberta? Czy on go odnajduje?

Według wedanty iluzja, którą tka Maja, to świat zmysłowy, przysłaniający bardziej rzeczywisty świat duchowy. Podejmijmy trud zrozumienia tej metafory. Możliwych interpretacji jest wiele. (…) ktoś mógłby utrzymywać, że tak jak pająk nie potrafi dotrzeć do matematycznie magicznego środka spirali logarytmicznej, tak i w normalnych warunkach człowiek nie potrafi rozedrzeć zasłony świata zmysłów i dojrzeć uroków świata duchowego. Tak czy inaczej pająk jest jakoś spokrewniony z iluzją, ze złudzeniem, pozorami, czarami, marzeniami.

Monika: Maja jest bardzo istotnym terminem we wschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Buddyzm rozumie ją jako iluzję, która codziennie absorbuje naszą świadomość, zakrywa przed nami prawdę. A pan Robert za tą nicią pajęczą skrywa chyba trochę swój smutek, by – jak w poezji japońskiej, jak w haiku – wyrazić go nie wprost, kawa na ławę, ale takimi subtelnymi nastrojami.

Ula: Zgoda. Ale zaraz pod tym subtelnym smutkiem, Monika, jest również radość. Prosta radość odkrywania tego, co niby dawno już znane, ale zapomniane. Pan Robert ma jednak jasną duszę – duszę dziecka.

Szczerze mówiąc, i te ustalenia sprawiają panu Robertowi przyjemność.

Urszula Chwalba

 
Urszula Chwalba – kierowniczka Działu Literackiego Krakowskiego Biura Festiwalowego. Koordynatorka Festiwalu Conrada. Współtworzyła aplikację o tytuł Miasta Literatury UNESCO. Zasiada w kapitule Nagrody Conrada, do której nominowano w tym roku pięciu autorów prozy, m. in. Roberta Pucka za „Pająki pana Roberta”. I o tej właśnie książeczce pewnego listopadowego wieczoru sobie rozmawiamy.

 

W rozmowie z Ulą dobrnęłyśmy do rozważań o iluzji, zgadzając się, że kunszt prozy Pucka, który absorbuje nas podczas lektury jego esejów, skrywa jakąś prawdę. Jednak kilka dni później (po obejrzeniu makiet Łukasza Stokłosy na jednej z nowych wystaw MOCAK-u i pewnym inspirującym komentarzu do zamieszczonej przed weekendem rozmowy), wyraźniej widzę, że oprócz melancholii, smutku i samotności, język „Pająków pana Roberta” przykrywa niezwykle bogaty asortyment potworności. Więcej na ten temat tu: Ornamentyka czyni świat znośnym. O „Pająkach pana Roberta” raz jeszcze

 

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz