Kadry, Kawałki

Wielki festyn: reset lęku. Wąsy Jasia Kapeli i kilka zdjęć z OFF Festivalu

14 kwietnia 2016

Od kilku tygodni zastanawiam się, jak pisać o OFF Festivalu inaczej niż poprzez recenzje płyt artystów wynikające z kolejnych zapowiedzi organizatorów. I tak dumając nad tegorocznym line-up’em z łapczywością chwyciłam najnowszy numer „Czasu Kultury”. Jego okładkę zdobi kolorowa zapowiedź czegoś na kształt antropologii porównawczej – projekt „Jarocin re-study”. Porównanie opowieści o najważniejszym festiwalu bloku wschodniego z dzisiejszymi narracjami. Rodzinna fotka starego wygi z nastoletnim kuzynem ze Śląska. Pomysł, szczególnie po obejrzeniu „Fali” zmarłego niedawno Piotra Łazarkiewicza, wydał mi się niezwykle interesujący.

Ten zwyczaj już zanika, ale w czasach, gdy posługiwanie się terminem hipsterski w celu obśmiewania wszystkiego od skarpetek w grochy po sojowe latte było wciąż żywą publicystyczną manierą, do bywalców OFF-a ten epitet pasował dziennikarzom jak ulał.

Dwa lata temu kolegów po fachu uspokajał Bartek Chaciński. Zdaje się żyli w strachu, że na Muchowcu można dostać pod sceną w głowę kubkiem od Starbucksa. Na swoim blogu Chaciński sformułował wtedy, na pohybel krytykom festiwalu, trafną definicję hipstera jako kogoś, kto modny nie był, nie jest, a co najwyżej – będzie.

Na własny użytek i jako barwny obraz tego objaśnienia przywołuję zawsze Jasia Kapelę. Obecny publicysta Krytyki Politycznej nosił bowiem wąs i sprany t-shirt z bohaterami serialu Beverly Hills 90210 w czasach gdy można było za to oberwać nie tylko kubkiem. A już na pewno nie było to modne. Co więcej, wzbudzało – nie tylko w studentkach polonistyki – mieszaninę litości, smutku i niesmaku.

W mojej głowie obraz Kapeli anno Domini mniej-więcej-2004 niezbywalnie utrwalił się wówczas jako egzemplifikacja hipsterskiego kurażu, którego, niestety, tymże jeszcze nazwać nie umiałam. Jakby jednak nie patrzeć: wszystkie wąsy, które dane mi było potem oglądać, nie miały już tej siły i młodzieńczego kontenansu.

Z westchnieniem starczej bezradności czytałam więc zarówno następujące kilka lat później próby uchwycenia charakterystyki tegoż zjawiska, jak i świadectwa lęku przed nim. Takim świadectwem („próbą ujęcia autoetnograficznego”), o dziwo, okazał się właśnie fragment raportu zamieszczonego w „Czasie Kultury”.

Czas Kultury Jarocin Badanie

Marta Machowska, etnolog i historyk, doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM, rocznik 90-ty (!), z niekłamaną szczerością we wstępie przyznaje, że jeśli wybiera się już na jakiś koncert, to taki, z którego może wrócić do domu tramwajem. Nie byłoby w tym oczywiście nic zdrożnego gdyby nie dziwna deklaracja za tym wyznaniem idąca, że OFF (ulokowany zaiste w pewnej odległości od przystanku KZK GOP) wywoływał w niej zawsze lęk i obawę przed byciem odrzuconą.

Skoro dwudziestosześcioletnia badaczka, zawodowo zajmująca się diagnozowaniem zmian zachodzących w sferze wartości, norm i postaw, żyła dotąd w lęku przed, jak się (UFF!) dzięki badaniom okazało, łagodną jak baranek i uprzejmą publicznością katowickiego festiwalu, przestaję chyba dziwić się temu, jak wygląda obecnie nasz publiczny dyskurs.

Ale przecież Jakub Żulczyk już dawno postawił na wszystkich niebezpiecznie oddalających się od tramwaju krechę, pisząc w „Przekroju”, że pod Poznaniem, na Muchowcu czy w Kostrzynie – koniec końców i tak chodzi tylko o „cztery wodniste browary”.

Foto: © Klaudia Kubis

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

1 Komentarz

  • Odpowiedz Niekoniecznie Papierowa 18 maja 2016 at 14:21

    Zawsze zastanawiałam się, czy wszyscy, którzy wypisują takie rzeczy o OFFie są tam bo chcą czy bo muszą… i czy w ogóle tam byli. Kiedyś po internecie krążył fascynujący poradnik dla blogerów muzycznych: „Jak napisać relację z koncertu, na którym się nie było”. Na 5 sposobów. Mam wrażenie, że większość wciąż z niego korzysta.

  • Zostaw komentarz