Książki

Z podłogi myśli się bardziej. Rozmowa z Igą Zakrzewską-Morawek

22 listopada 2016

Badam poznawcze możliwości języka jak Żuń zmywarkę. Bo ja do literatury chcę wkładać „garnki, kubki i widelców parę”. To dla mnie warunek jakiegokolwiek rozwoju. Żuń to lekcja rozumienia i sztuka bycia na osobności, opowiada autorka „Świata według Żunia”.

Świat według Żunia, Achondroplazjak

Ja: Rozmowę o „Świecie według Żunia” chciałabym zacząć, wbrew logice, od świata. Albo jeszcze inaczej – od języka, którym Żunio świat opisuje.

Weźmy na przykład rower:

…nasza podróż, mimo że grubym kilometrem szyta i obciążona przymusem krzyżowania się na mym ciele PASÓW, doprowadziła mnie do miejsca, z którego nadaję. Do strefy, która w umyśle mym zostawiła ślad. A w duszy wyryła się piętnem. Ponieważ strefę tę zamieszkiwały SZPRYCHY

…druciki takie. Smukłe łącza. Pałąki blaszane, co między środkiem a krawędzią koła sterczą. Zrzeszone i w stadzie. Czy mi się podobały – sam nie wiem. Jako byt niezależny, od reszty odrębny, chyba niekoniecznie. Jednak w pakiecie z kołem, odblaskami i konstrukcją tworzącą szkielet, szprychy zyskały prestiż, reputację i honor. Któremu na imię ROWER. Bicykl taki. Z rodziny pojazdów.

W jednym z wywiadów przyznała Pani, że pisała swoją książkę ze słownikiem na kolanach. Jak zaczęłam ją czytać to zaskoczył mnie, ale też wkurzył, jej język. Do czego Pani potrzebne były te wszystkie dziwne słowa, przestawny szyk zdań, manieryzm? Dlaczego Pani takim językiem świat Żunia zbudowała?

Iga Zakrzewska-Morawek: Coś we mnie skacze z radości na to, że Żuń może kogoś wkurzać! Lubię emocje. To znak, że coś się dzieje. A przecież INNOŚĆ wzbudza emocje. Drażni, zaskakuje.

Słownik miał miejsce. W procesie stwarzania Żunia był mi niezbędny. Z tym, że „na kolanie” traktuję metaforycznie. Żuń z założenia miał być kimś totalnie różnym ode mnie. Dlatego w nietypowych konstrukcjach zdań, w igraniu znaczeniami i zabawie szykiem przestawnym upatrywałam sposobu na ujarzmienie sytuacji, w której się znalazłam z chwilą pojawienia się w moim życiu syna. A sytuacja była na wskroś nowa. I inna niż w standardzie. Trudna. Z Żuniem łączy mnie zatem absolutna obcość i nieprzewidywalność świata. Uczenie się jego i siebie. Taka nauka chodzenia. A chodzenie w codzienności Żunia odgrywa olbrzymią rolę.

Czytelnik nie ma łatwo, bo Żunia trzeba się uczyć. Żuniowi trzeba spróbować wejść w głowę i spojrzeć jego oczami, z jego perspektywy. Założyłam jednak, że w miarę czytania tego „trudnego” i „dziwnego” Żunia zawiąże się między nim a czytelnikiem „konsensus, umowa taka i pakt”, rodzaj alternatywnej komunikacji. Wierzę w czytelnika, ale go nie oszczędzam.

Tak się dzieje, w miarę czytania pakt się zawiązuje. Jak przestałam się wkurzać i do tego języka przyzwyczaiłam, pomyślałam najpierw o Gombrowiczu a potem o całej tradycji nowej powieści (nouveau roman), np. „Tropizmach” Nathalie Sarraute. Pani lubi taką prozę? Bo pani trochę „Żuniem” bada w ogóle poznawcze możliwości języka i powieści. Pani pokazuje w „Żuniu” rzeczy z innej, osobliwej perspektywy, z jakiej odbierane są one przez trudnego do uchwycenia i dookreślenia, narratora.

Tworząc książkę miałam świadomość przemycania do opowiastek Żunia pierwiastków gombrowiczowskich. Bawiło mnie to i cieszyło. Badałam Żuniem poznawcze możliwości języka jak Żuń bada zmywarkę. Bo ja do literatury chcę osobiście wkładać „garnki, kubki i widelców parę”. To dla mnie wyzwanie i warunek jakiegokolwiek rozwoju.

Narrator jest trudny do określenia również dlatego, że z jednej strony jest nim Żuń, z drugiej jego rodzice. Więc narrator jest zarówno „siurkiem niskiej zabudowy”, kruchym w swej niewiedzy jak jesienny liść, jak i głosami swoich „pokalanych” konwenansami rodziców.

Jak jesienny liść, właśnie… Ja te „Tropizmy” Nathalie Sarraute przywołuję nie przez przypadek. Termin „tropizmy” zaczerpnięty jest z naukowego języka opisującego fizjologię roślin, oznacza reakcję ruchową, zwrot rośliny w kierunku bodźca. Albo w kierunku przeciwnym. W każdym razie chodzi o pewnego rodzaju „pobudliwość”, która moim zdaniem charakteryzuje również Żunia. Bo przecież każdy z rozdziałów opisuje właśnie BODZIEC oraz na niego ŻUNIA reakcję. I osobliwą więź między nimi. Ale jest jeszcze coś – bo potrzeba przecież niezwykłej cierpliwości i uważności, by z tropizmów sobie zdać sprawę, by ruch rośliny zaobserwować. I ta uważność też się w pani książce znajduje. Więcej – ta książka jest uważnością, że tak powiem, podszyta.

„Najważniejszy jest BODZIEC” – mówi Żuń. I warto się od niego uczyć. Bo on wie coś, o czym dorośli chronicznie zapominają. Podobnie jest z więzią i uważnością. Bodziec to przejaw życia, działania, czucia, myślenia. Bez niego – powtórzę – nie ma mowy o rozwoju.

Żuń to z jednej strony SYMBOL, z drugiej CZŁOWIEK, z trzeciej OBCY. W świecie przedmiotów i ludzi. Ludzi i ich języka nie zna. Słyszy słowa i koduje, ale nimi nie mówi, a ludzi traktuje trochę przedmiotowo. Mówi za to językiem wyobrażeń, odczuć i wrażeń. A te wymykają się często wszelkim regułom i normom. Do ludzi mu jakby dalej, wyżej i trudniej, więc ociera się o nich, podchodzi z rezerwą. Tym bardziej, że ludzie „dzieją się”. I oczekują, wymagają. Inaczej jest z rzeczami.

Kontemplacja rzeczy, przedmiotów wyrażona jest właściwie w każdym z tekstów. Ona jakoś osadza czytelnika w tu i teraz, daje punkt podparcia. Podparcia, którego nie może zapewnić zdystansowany, autystyczny narrator. Pani się położyła na podłodze, by pisać… To wynikało z potrzeby „ukorzenienia”? Stamtąd inaczej się myśli… Na pewno więcej się myśli o nogach, o stopach ;) Co się myśli z podłogi?

Kontemplacja przedmiotów w świecie Żunia to sprawka tego, że do przedmiotów mu bliżej. Otaczają go zewsząd i na jego poziomie. Są w sporej mierze statyczne, więc – teoretycznie – łatwiej je badać. Żuń uczy się je rozróżniać, oswaja je. Podobnie jest zresztą z ciałem Żunia. Z nogami, stopami, głową, odbiciem w lustrze…

__________________

Żunia trzeba się uczyć. Żuniowi trzeba wejść w głowę. Założyłam, że w miarę czytania zawiąże się między nim a czytelnikiem „konsensus, umowa taka i pakt”, rodzaj alternatywnej komunikacji

 

Rzeczy, ich struktury, barwy i odcienie, konsystencja, kształt… to skarbnica bodźców, których sobie dostarcza, by czuć. By wiedzieć. Świat Żunia wyrażony przedmiotami, ziarnami kawy, suchym prowiantem i ugotowanym makaronem lepiącym się do stóp to świat integracji sensorycznej. On może stać się punktem podparcia dla czytelnika pod warunkiem, że czytelnik go dostrzeże. Jeśli połączymy to z „autystycznym” narratorem, to coś może się podczas lektury rozjaśnić…

Z podłogi patrzy się i myśli zdecydowanie inaczej. W zależności od ułożenia ciała, widzi się to sufit, to kurz pod kanapą. Podłoga może być tak podparciem, jak symbolem zmęczenia, braku energii lub depresji. A może być też jedyną płaszczyzną, na której dorosły spotyka się z dzieckiem.

Ja położyłam się na podłodze, by nauczyć się inaczej patrzeć. Uważniej, dokładniej. I trochę badałam ten grunt. I sprawdzałam, czy jeszcze go nie straciłam. Z podłogi myśli się bardziej. A niektórym leżenie na twardym dobrze na kręgosłup robi. Jak boli, to przestaje ;)

Czytelnik „Żunia” – jak Pani przyznała – nie może liczyć na wsparcie nieco nonszalanckiego, zdystansowanego, bezkompromisowego narratora. Znajduje się in medias res, zostaje wrzucony w świat, w którym nie jest w stanie do końca się odnaleźć. Nie jest również w stanie określić czasu, w którym to wszystko się wydarza, choć – trochę zaczepnie – podsuwa Pani mu do pomocy tę korbkę, młynek… Przypomniał mi się „Prawiek…” Olgi Tokarczuk.

Narrator czytelnikowi nie ułatwia. Przeciwnie: wrzuca go w świat, który – mimo, że codzienny i na wyciągnięcie ręki (zmywarka, farelka i kran) – często jest pomijany, bo może zbyt oczywisty. Ale nie dla Żunia – tego dziwnego dzieciaka – zbyt małego, o zbyt dużej głowie – i każe mu zgłębiać tajemnicę bytu. Dostrzegać jakieś „tu i teraz” i osiągać jakieś zen. Ale… Aby zrozumieć lub chociaż chcieć zrozumieć Inność (nowość), trzeba jej albo wejść do domu, albo zrobić miejsce u siebie. Zaprosić, oswoić jak Mały Książę lisa. Poobcować, powąchać, posmakować, dotknąć, posłuchać a nawet z nią zatańczyć. Narrator nie jest litościwy, ale stara się być ujmujący i czarujący, wykonując w stronę czytelnika ogromny gest zapraszający do krainy zmysłów. A jednocześnie daje czytelnikowi wolną rękę co do wyboru i skojarzeń ze sobą wcześniejszych doświadczeń.

Iga Zakrzewska-Morawek, Świat według Żunia

A czasowość? Metafora własnego biologicznego zegara zdaje się być tu bardzo na miejscu. Bo niemożliwym jest określenie momentu, w którym czytelnik zda sobie sprawę z wartości nóg. Albo pleców. Depresji albo psychoterapii, której tak bardzo się boi, a która okazuje się bardzo pomocna.

„Zbieraj bodźce, integruj zmysły, pobieraj czynnik i chłoń!” – mówi mama Żunia. Bo mama Żunia wie. Że z tym ryżem, kawą, makaronem i płatkami na podłodze to nie jest zwykła zabawa czy obrazoburczy brak poszanowania dla jedzenia. To pobudzanie receptorów w mózgu dziecka za sprawą odpowiedniej stymulacji, która generuje rozwój dziecka zaburzonego. Wszystkie doświadczenia sensoryczne Żunia to metafora. Nie tylko przyjemności doświadczania (bo ta nierzadko bywa wątpliwa), ale konieczności.

Ryż, kawa, zmywarka, farelka… Mam jeszcze jedno skojarzenie z czymś, co ostatnio czytałam – z „Jesienią” Knausgarda. Norweski pisarz prowadził przez cały rok coś w rodzaju pamiętnika dla swojej (nienarodzonej jeszcze) córki, w którym opisuje dla niej świat. Próbuje spojrzeć na zwyczajne (z pozoru, tzn. dla nas na co dzień zwyczajne, zwykłe) przedmioty i sytuacje oczyma dziecka. Świeżym, niewinnym albo lepiej – nieprzyzwyczajonym okiem. I patrzy jednocześnie ze zdziwieniem i ze zrozumieniem, bo próbuje jednak ten świat opisać, przyswoić dziecku z pozycji dorosłego. Staje się takim Panem Dziecko. Robi to wszystko z czułością, „ratuje nasze dusze”. Pani patrzy na świat z czułością? Jaki jest świat według Żunia?

Żuń jest trochę projekcją mnie samej. To ja próbuję Żuniem poznać świat dziecka. Pragnę być jego oczami, głową, odbiciem i doświadczać tego wielkiego formatu. Świat jest dla niego czymś totalnie nowym, czasem przerażającym, czasem zachwycającym. On ten świat chłonie i poznaje. I on ten świat (na swój sposób) wie. I niby się dziwi, niby czasem boi, ale jakby mniej. Jakby spokojniej, poważniej, nieco chłodniej, niżby się tego oczekiwało od standardowego dziecka. Trochę outsider, trochę autysta, trochę dziecko indygo. Dziecko mędrzec (jak zresztą przeczytałam w jednej z recenzji). I to jest trochę prawda.

Pan Dziecko to dla mnie dorosły w dziecku i dziecko w dorosłym. To człowiek w ciągłym stawaniu się. To istota pełna ciekawości. Dystansująca się, by po chwili nie tylko zbliżyć się do czegoś, ale w to wejść. Stać się tym na chwilę, wcielić się, by zrozumieć.

__________________

Położyłam się na podłodze, by nauczyć się inaczej patrzeć. Uważniej, dokładniej. I trochę badałam ten grunt. I sprawdzałam, czy jeszcze go nie straciłam. Z podłogi myśli się bardziej

 

Ja nie patrzę na świat z czułością. Patrzę na świat ze zdziwieniem, wzruszeniem. Czasem z goryczą. Gdy stwarzałam Żunia zależało mi na tym, by był chłodniejszy niż ja, bardziej surowy, trzeźwy. Bardziej oczywisty i męski. Stąd krótkie, zdawkowe, często jednowyrazowe zdania. Dla mnie Żuń jest racjonalny, logiczny, choć jego logika może wydawać się absurdalna. To bawi.

Powiedziała Pani w jakimś wywiadzie, że „Świat według Żunia” to książka napisana przeciwko chorobie. Przeciw chorobie, którą rozumie Pani jako abstrakcję. Sontag w swoim słynnym eseju krytykowała romantyczną ideę wyrażania charakteru poprzez chorobę. A co Pani chciała poddać krytyce?

Pisałam bardziej na przekór chorobie. Albo pomimo niej. „Świat według Żunia” to ucieczka od choroby. W tę ładniejszą INNOŚĆ. Nawet jeśli ta ucieczka miałaby się odbywać wyłącznie na płaszczyźnie języka. Bo język stygmatyzuje. Ma moc kojenia, ale i ranienia. Boli. I tak słowo „choroba” konotuje współczucie, litość, ból, cierpienie. „Inność” kojarzy się bardziej z fascynacją, chęcią poznania, prowokacją, zachwytem, analizą, zdumieniem i refleksją. Na chorobie albo – co gorsza – na człowieku nią dotkniętym często stawia się kreskę. Dla mnie choroba to cierpienie a Żuń nie cierpi, on jest z tej choroby jakby wyobcowany. To czytelnik cierpi, lituje się lub współczuje, gdy połączy kropki. Gdy już wie. To mama Żunia cierpi, leżąc bezsilnie na dywanie, malując na biało tarczę zegara, regał, ławeczkę, ramkę na zdjęcie… Żuń może dziwnie, ale i uroczo poznaje, doświadcza, wchodzi w relacje (choćby z rzeczami), cieszy się, chłonie, myśli i JEST. Żuń celebruje. Czerpie z życia. I tego nie odbierze mu nikt. Ani choroba (z której jakby w ogóle nie zdaje sobie sprawy), ani nawet czytelnik.

Odpowiadając na pytanie: krytyce chciałam poddać stygmatyzację słowem. Nie wiem, czy mi się udało. Wiem, że udało mi się powołać do życia trochę trudny, ale odrębny, zaraźliwy i wciągający język żuński.

W zakończeniu książki pisze Pani „Żuń nie jest ani Dominikiem, ani mną”, co oczywiście nijak się ma do większości rzeczy, jakie o książce się mówi i pisze… Żuń to Wasze alter-ego i porte-parole… A jakbym powiedziała, że Żuń to jakaś wersja mnie? Ta, która jest „radosną analizą, zdumieniem, zgodą na wszystko i dystansem”. I fascynacją słowami. Żuń to ja. Przynajmniej czasem. I zdecydowanie za rzadko, rzadziej niż bym sobie tego życzyła.

To, co się o książce po większości mówi i pisze, jest wypadkową tego, że zanim pojawiła się książka, Żuń dojrzewał w Internecie. Opowiastki nie były opatrzone ilustracjami, lecz zdjęciami mojego syna, którego inności (wtedy jeszcze tylko wizualnej) uczyłam się i uczyłam się ją oswajać. Z obserwacji syna zresztą czerpałam, tworząc Żunia. To syn skłonił mnie do doświadczania podłogi, sprowokował do zejścia do parteru. To jego oczy pierwsze patrzyły na unoszące się w smudze światła drobinki kurzu i to jemu pozwalałam brodzić nagą stopą w ryżu, kawie i ugotowanym makaronie.

Ale Żuń to symbol, lekcja rozumienia. To sztuka BYCIA na osobności i w inności. Bycia „w” i „obok” jednocześnie, na swój lekko autystyczny, outsiderski sposób. Żuń jest kumulacją inności (wizualnej, percepcyjnej, umysłowej), której warto się uczyć. On pomaga szerzej otwierać oczy, rozwiązuje umysł i język. Wystarczy tylko zejść do jego poziomu i spojrzeć mu w twarz. I postarać się patrzeć w tym samym kierunku.

 

Iga Zakrzewska-Morawek – z wykształcenia: filolog polski, z zawodu: copywriter, z zamiaru: muzykoterapeuta. Autorka literackiego bloga Achondroplazjak wyróżnionego nagrodą specjalną w konkursie Blog Roku 2014. W marcu 2016 r. ukazał się jej literacki debiut – „Świat według Żunia”.

Foto © Iga Zakrzewska-Morawek

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz