Kino, Sztuki wizualne

Zardzewiałe nożyce selfie-feminizmu albo „Szatan kazał tańczyć” inaczej

10 maja 2017
selfie-feminizm

Krytyka nowego filmu Katarzyny Rosłaniec jest jak walenie na oślep w stół, na którym leżą zardzewiałe nożyce. Ich ostrze mocno stępiło się minionej zimy w dyskusji o selfie-feminizmie inspirowanej po części wystawami „Przyjaźni moc” oraz „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst”, na której pojawiły się m.in. prace Audrey Wollen.

Jakąkolwiek ocenę wystawiamy „Szatanowi” metodycznie analizując strategie organizacji jego wypowiedzi (co i tak rzadko spotykane), nie powinniśmy zgubić kontekstu, w jakim film Rosłaniec funkcjonuje. Większość bardzo krytycznych i, co ciekawe a jednocześnie zabawne, dość afektywnych recenzji filmu, zarzuca Rosłaniec nudę, smutek i egzaltację. Nie czytałam i nie słyszałam żadnej rozmowy z reżyserką, w której mogłaby się do tych pretensji odnieść, ale na jej miejscu opiłabym już tę sytuację jakimś kwaśnym drinkiem, serdecznie się zaśmiewając. Kwaśny pasuje do ultragorzkiej kondycji naszych mainstreamowych mediów, które na fali promocji wystawy w MSN potrafią wrzucić na okładkę smutną i egzaltowaną Audrey Wollen, by za moment o całej sprawie zapomnieć. Nowoczesne „rewolucje” powielają najwyraźniej cykl życia domów mody – pamięć o nich żyje mniej więcej jeden sezon (zima 2017). Obecnie „szczerość” i „autentyczność” na nowo (wiosna 2017) ustąpiły miejsca rozsądkowi oraz wygodnej, bezpiecznej i opresyjnej ironii. Jest też druga opcja – nigdy nie zostały potraktowane naprawdę poważnie. No dobrze, dość frazesów. Teraz już na serio.

„Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec to nakręcona w instagramowym kadrze mozaika kilkudziesięciu dwuminutowych scen z życia młodej artystki naznaczonych nagością, seksem, koksem, bulimią i chorobą serca. Jak można się było spodziewać rodzima krytyka uznała, że nagości, seksu, koksu i serca jest tam dużo za dużo. Przede wszystkim jednak nagości, wiadomo. A do tego „nie masz ci bardziej egzaltowanego zabiegu narracyjnego niż dorzucenie młodej dziewczynie choroby serca”, pisał np. Zwierz Popkulturalny, dodając ironicznie, że „ponoć Katarzynę Rosłaniec boli, że [my, dziewczyny, kobiety] udajemy szczęście i idealne życie a zasłaniamy ból i problemy”.

Bingo, Zwierzu! Być może Rosłaniec ten fakt zabolał tak samo mocno i szczerze jak całe rzesze Smutnych Dziewczyn, które od jakiegoś czasu wieszczą swoją rewolucję na Instagramie. I jakkolwiek jestem przekonana, że właśnie manifestem tegoż zjawiska jest „Szatan kazał tańczyć”, to nie posuwa on jednak niestety toczącego się wokół selfie-feminizmu sporu ani o milimetr. A właściwie ten spór betonuje. Clue tej awantury jest bowiem fakt, że, jak trafnie spostrzegła na łamach enter the ROOM Anna Pajęcka, „nie potrafimy [artystki, krytyczki itd.] znaleźć wspólnego języka, którym mogłybyśmy solidarnie projektować nowe pole postrzegania kobiet”.

Większość krytyków, idąc za głosem Zwierza (ale w sposób zdecydowanie mniej dyplomatyczny), domaga się (od Rosłaniec i całej polskiej kinematografii, a co!) filmu, w którym „dziewczyna nie musiałaby ganiać nago”, by pokazać swój stan emocjonalny. „Kobiety w spodniach i stanikach też mają depresję i poczucie pustki!”, czytam. Okej, moi drodzy, tyle że akurat „Szatan” to film troszkę nie o tym. A przynajmniej (jak cała Teoria Smutnych Dziewczyn) nie rości sobie pretensji do bycia portretem wszystkich „dziewczyn z uczuciem pustki”. Rosłaniec (jak Wollen i inne Instagramerki) nie udaje, że jest w stanie coś zdziałać dla wszystkich społeczności. Podkreśla, że jest ograniczona pewną perspektywą (kwadracik) oraz swoim ciałem (serduszko) i tylko o tej sytuacji może i chce opowiadać.

Jeśli już mowa o ograniczeniach, to chciałabym nieśmiało przypomnieć wszystkim stronom sporu (reprezentowanym głównie przez Agatę Pyzik i Karolinę Plintę), który swoją drogą uważam za niezwykle istotny i któremu kibicuję, że o ograniczeniach selfie-feminizmu i jego wykluczającym charakterze mówiła już sama Wollen w wywiadzie dla WO. Artystka w rozmowie z Zofią Krawiec przyznała, że „smutna dziewczyna jako figura historyczna zawsze była raczej bogata, biała i żyjąca w uprzywilejowanym kraju. Dlatego mogła cały dzień leżeć na łóżku i płakać”. Jej pozycja ma być drażniącym, a jakże, zaproszeniem do dyskusji.

Gdyby Rosłaniec chciała sportretować wszystkie Smutne Dziewczyny nie oglądalibyście tego filmu w tak wpieniającym was kwadraciku (tak, tak, Dolan zrobił wszystko lepiej, tylko że z zupełnie innych powodów). Rosłaniec chce opowiedzieć historię tylko (aż?) dziewczyn / kobiet funkcjonujących w internecie. A jak powiedziała kiedyś Ann Hirsch (zdanie, które funkcjonuje już jak mantra): „w momencie, w którym stajesz się kobietą w internecie, wchodzisz jednocześnie w konwersację z pornografią”. Koniec kropka. Albo nie, jeszcze coś: od razu zaznaczę, że chodzi również o to, że dziewczyny z tego faktu doskonale zdają sobie sprawę. Zarówno bohaterka Rosłaniec, jak i artystki zaliczane do nurtu selfie-feminizmu, są boleśnie świadome tego (serduszko), w jakim kontekście funkcjonują ich wizerunki (kwadracik). Ale nie próbują tego kontekstu negować ani odrzucać. One chcą go przejąć i subwersywnie wyzyskać na swoich warunkach w myśl zasady, że jeśli świadomie wystawiam swoje ciało na spojrzenie (w domyśle: męskie), to neutralizuję tego spojrzenia opresyjność. Oczywiście, jak napisała Pajęcka, „pojawienie się w przestrzeni publicznej” – nawet w najbardziej świadomym geście – „nagiego ciała, będzie tym samym co wyjście bez ubrania na ulicę. Jako gest sprzeciwu wobec władzy – emancypacyjny i podmiotowy – działa w świadomości. W praktyce – niekoniecznie.” I o to niekoniecznie kruszymy kopię już mniej więcej od lat 70-tych.

Czasami obrazek ładnej dziewczyny jest po prostu obrazkiem ładnej dziewczyny. I będzie tak funkcjonował dopóty, dopóki kategoria piękna używana będzie w celach wartościujących (a nie tylko estetycznych). Kobiece ciało zawsze będzie zapośredniczone przez historię sztuki, obraz, a tym samym – będzie służyło jako narzędzie do wprowadzania w życie ideologii. Zabawne, że osiem lat temu doskonale opowiedział o tym Lars von Trier w nomen omen „Antychryście” („Szatan” vs „Antychryst”, taki śmieszek). No bo czym innym jak nie opowieścią o opresyjnym, patriarchalnym spojrzeniu na kobiece ciało i emocje (między innymi) jest film słynnego Duńczyka?

Bohaterka Larsa von Triera zajmuje się naukowo badaniem kobiecych wizerunków w kulturze, głównie średniowiecznej. Rozpatruje historię kobiet w kontekście ludobójstwa. Po czym, w trakcie badań, przejmuje patriarchalny punkt widzenia, rozpoznaje w sobie zło i utożsamia z nim. To wtedy zaczyna się jej depresja, z której nie kto inny, tylko mężczyzna (racjonalny, chłodny, analityczny), będzie próbował ją wyciągać – na zmianę urządzając jej sesje terapeutyczne i pieprząc. Próbując uratować kobietę od smutku, żałoby i egzaltacji (dialog o żołędziach), mężczyzna u von Triera posługuje się tymi samymi metodami, których używa… współczesny feminizm i kapitalizm. Kapitalizm uwielbia, kiedy „może sprzedać nam coś, co sprawi, że poczujemy siłę i upodmiotowienie, mówi Wollen – na bardzo krótki moment.” Współczesny feminizm wzywa kobiety do podbijania świata, robienia kariery, uprawiania seksu i posiadania wspaniałego życia, niekoniecznie z dziećmi. Bądź silna! Bądź szefową! – kibicuje. Czy nie tego samego, paradoksalnie, oczekują od bohaterki Rosłaniec wszyscy krytycy, zniesmaczeni faktem, że nie pokazano w filmie ani jednego dnia, w którym, do cholery, Karolina wzięłaby się wreszcie do roboty zamiast leżeć bezczynnie na podłodze w kiblu?

„O ile w głównym nurcie nowoczesności podmiot nieodmiennie walczy o ekspozycję własnej siły i doskonałości (patrz: faszyzm, komunizm, kapitalizm [i współczesny feminizm – dopisek mój]), o tyle na marginesach nowoczesności dominuje tendencja do teatralizacji, wręcz estetyzacji tego, co słabe/niewinne/niewidzialne i nieme w przestrzeni publicznej/ niekojarzone dotąd z dyskursem siły (patrz: dyspersja pomiotu pononowoczesnego, zwrot ku Obecemu/Innemu/Wykluczonemu)”, pisała na łamach naTemat Karolina Felberg-Sendecka, która chyba jako jedyna umieściła „Szatana” w odpowiednim dla niego dyskursie. Bohaterka Rosłaniec „podskórnie czuje, że jej atutem nie jest silna osobowość, nie idzie więc w uwznioślanie własnej osoby” – pisze Felberg-Sendecka. „Podświadomie wybiera staranne reżyserowanie własnych upadków, klęsk, niespełnień. Słusznie. Przy jej kompleksach i chorobach to chyba jedyna sensowna droga.”

Wollen i Rosłaniec mówią: „Nie ma nic złego w tym, że chcesz umrzeć. To jest w porządku. Rozmawiajmy o tym. To nie Twoja osobista porażka, kiedy się tak czujesz, ale konsekwencja sytuacji politycznej, która jest znacznie większa od ciebie. Dotyczy wszystkich.” Przecież ostatecznie konta na Insta i tak należą do korporacji, która mieli nagie wizerunki smutnych kobiet razem z reklamami, nabijając portfel konkretnemu, białemu facetowi.

W tym kontekście recepcja nowego filmu Rosłaniec wygląda dokładnie jak ostatnie sceny „Antychrysta”. Mężczyźnie udaje się co prawda udusić zagrażającą jego pozycji rozhisteryzowaną, nadintensywną i nieobliczalną kobietę. Ale gdy posila się zaraz potem, w nagrodę, malinkami z krzaczka, z lasu wychodzą setki innych, podobnych do jego byłej żony nagich stworów. I to są właśnie selfie-feministki.

Fot. Nomada

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

2 Komentarze

  • Odpowiedz annie 11 maja 2017 at 15:42

    jak kliknąć żeby cię śledzić tu na blogu? xd

    • Odpowiedz Monika Ochędowska 16 maja 2017 at 15:17

      Można na fb, tutaj jest rss, ale może w końcu dodam też jakieś inne powiadamiacze ;)

    Zostaw komentarz