Kawałki, Książki

Żegnaj, smutku… Witaj, Mend

12 czerwca 2017
antykopciuszek

Ogólnie mamy taki klimat, że radość z seksu ciągle jest passé a miłość do grobowej deski kręci tylko Haneke(go). I może dlatego wokół jest jednocześnie tak kolorowo i tak smutno.

Melancholia wlazła z książką do łóżka na początku lat 60-tych – taki mam przynajmniej horyzont lektur. I mogło to być łóżko François Sagan. Ten wiekowy barłóg traktują jako pole doświadczeń i źródło narracji kolejne pokolenia pisarek, z Masłowską włącznie (niedługo zacznę wymierzać sobie kary cielesne za nawiązania do Doris, ale samo się prosi, jak kotek, przywołanie tego charakterystycznego ustępu):

Leżeli na niezbyt odkurzonym dywanie, na którym tęczowe trójkąty miały wyobrażać nieskończoność kosmosu. Puści, rozdelikaceni, nieświadomi, jak źle wyglądają nago, pozwalali, by ciepły, pachnący botanicznie wiatr znad rzeki oblekał ich podrażnione miłością, pokryte czerwonymi plamami ciała w kojące całuny. (…)
– Zawsze jak kończymy się kochać, bierze mnie coś takiego smutnego [mówi Jo]. Jakbym miała w środku pusto i uderzona mogła wydać tylko dudniący, matowy dźwięk. Jakby wiał przeze mnie wiatr! Gdy mnie bierzesz czuję się taka pełna, silna, żywa, a gdy jest po wszystkim, znów ogarnia mnie ta dojmująca samotność. Wiem, że znowu jesteśmy dwiema obcymi jednostkami, że połączenie jest niemożliwe, że człowiek jest samotny w sobie na zawsze. (…) Kochasz się z kimś i myślisz już, że (…) będziecie tak na zawsze, głowa w głowę, serce w serce, że w wielkim ognisku miłości spalisz tę samotność, ten cały tłuszcz życia, druzgocącą ohydę własnego istnienia! (…) Była jednak zbyt pogodna, by długo się dąsać, i chwilę potem znowu tonęli w pocałunkach i pieszczotach. Słońce zaszło, podmywając niebo zawiesistym różem, a oni otworzyli butelkę kwaśnego chardonnay.

Cytowany (z „Kochanie, zabiłam nasze koty”) fragment mógłby uchodzić za doskonały pastisz Saganki (seks czerwonych ciał na nieodkurzonym dywanie ratuje zresztą tę kiepską książkę Masłowskiej). A przy tym jest dla mnie doskonałym remedium na seksualny smutek tropików, który serwuje większość kobiecej prozy. I w jakimś sensie uwalnia znudzoną, bawiącą się romansami dziewczynę od poczucia winy i zła, które „Witaj, Smutku” w niej zaszczepiło.

Zaryzykuję tezę, że ciało statystycznej bohaterki literackiej zostało w naszej prozie przecięte na pół gdzieś w okolicach przepony, jak po katastrofie lotniczej. W wyniku tego nieszczęśliwego wypadku bohaterka została skazana na wybór tragiczny: albo myśli (i bierze ją wtedy coś smutnego, co ma zwykle związek z ohydą istnienia), albo się bzyka (a potem popija kwaśne chardonnay, zakąszając koksem i xanaksem, co doprowadza ostatecznie do tragedii a przynajmniej quarter-life crisis). Podmiotowość radośnie grzesząca jednocześnie myślą i uczynkiem jest towarem równie deficytowym jak miłość (rani już samo to słowo).

Tymczasem od wydania „Witaj, smutku” minęło czasu mało wiele i Saganki nieco podrosły. Późna nowoczesność przekształciła ich ciała w obszar eksperymentu a seks – w przestrzeń walki. Cywilizacja śmierci stała się cywilizacją śmieci a Zła Jędza Kultura Masowa sklonowała i rozpowszechniła za pomocą medialnych obrazków żeńskie korpusy w nieuchwytnych dla większości kobiet proporcjach. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej gdy pojawiły się instagramy i tindery. Życie zaczęło się kręcić szybciej, prowokując bulimiczne mdłości.

Ma rację Karolina Felberg-Sendecka, konstatując, że kobiece doświadczenie opisywane jest bardzo często w najnowszej literaturze językiem patologii, choroby i zaburzeń* (myślę tu np. o Bator, Drotkiewicz, Dymińskiej, Dziewit-Meller, Gretkowskiej, Halber, Fiedorczuk, Klickiej, Pustkowiak, Rejmer). Autodestrukcja, „toksymia” i depresja okazały się popularnym narzędziem konstruowania kobiecej podmiotowości. Z jakiegoś powodu nauczyłyśmy się zarządzać sobą poprzez kryzys.

Myślę (i czuję), że ten kryzys powoli jednak (s)traci znamiona patologii i autodestrukcji. W sztukach wizualnych i „ogólnointernetowej tendencji”, jak chce Agata Pyzik, odnajdujemy jeszcze „melancholijną i skupioną na sobie”, ale jednak akceptację real life, życia bez filtra. Jeśli posłużyć się kategoriami psychoanalitycznymi, jesteśmy chyba w momencie, który opisywał Alexander Lowen. Kobiety poprzez pracę z dręczonym dotąd ciałem, jego afirmację, próbują właśnie z kryzysu wyjść. Odkrywają „Miłość, seks i serce”. Przestały korzystać z ćwiczeń Foucaulta, nie eksperymentują na sobie w sposób bolesny. Biorą raczej lekcje u Shustermana, mimo że ściąga to na nie od razu oskarżenia o trywialność, hedonizm i narcyzm, o którym pisała i mówiła Olga Drenda na tegorocznym Festiwalu Miłosza.

Obok Tindera dziewczyny mają już w ajfonach Mend. Obraz świata widziany oczyma Wallace’owskiej „Osoby w depresji” wyczerpuje się o tyle, że testujemy niefarmakologiczne metody leczenia anhedonii. Z tych metod jeszcze w „Kotach” Masłowska się podśmiewała – dzisiaj traktujemy je poważniej, nadając rozliczne, kojące etykietki. Nad zachodem słońca „podmywającym niebo zawiesistym różem” medytują, już całkiem serio, jak nad haiku, bohaterki „Pieczeni dla Amfy” Salci Hałas, wzorowe uczennice „Patersona”.

Melancholijna fiksacja na własnym bólu i cierpieniu ustępuje miejsca czemuś lżejszemu, ale pozbawionemu ironii.
„Ale to później. Jeszcze nie teraz.
I mówiłam, że kiczowato będzie.”

 

* Odnoszę się do wypowiedzi Sendeckiej z ostatniego spotkania autorskiego Agnieszki Wolny-Hamkało w Krakowie

Fot. @womeninrl

Zobacz, o czym jeszcze piszemy

Nie ma jeszcze komentarzy. Zmień to!

Zostaw komentarz